niedziela, 29 sierpnia 2010

Numer 270 - The Cure "Just Like Heaven"

W jednej z moich ulubionych komedii, "The Wedding Singer", jest taka scena, kiedy sfrustrowany kopnięciem w dupę i porzuceniem przed ołtarzem przez swoją narzeczoną wodzirej funduje młodej parze nieco mijającą się z ich oczekiwaniami piosenkę. Impreza kończy się bijatyką, wodzirej kończy w koszu na śmieci. Wesele jak to wesele.




Mogło być gorzej. Repertuar wesel jest w większości przypadków, nie bójmy się tego słowa, chujowy do n-tej potęgi. Myślę nawet, że ten przymiotnik został wręcz stworzony do określenia cudów, jakie wyczyniają na scenie kapele wesele próbujące rozbawić pijana widownię. Nie może się obejść bez "Hej Sokoły", "Kaczuszek" czy "Zorby". Da się przykładowo zrobić wesele bez jajka w majonezie i schabowego. W sferze kulinarnej odnotowuje się zacny progres. Niestety nie w muzyce.

"Just Like Heaven" byłoby dla mnie niezłą piosenką na otwarcie, pierwszy magiczny taniec, magiczny fak off w stronę tanga i walców, ciepłe skojarzenia, romantyczne wspomnienia i atmosfera szalonej miłości niepoddającej się schematom narzuconym przez społeczeństwo. Jedna z ładniejszych piosenek o miłości. Ale że miłość to także kompromisy to piosenka na otwarcie będzie wspólną decyzją mojej narzeczonej i moją.

A o tego wodzireja z "The Wedding Singer" się nie martwcie. Zebrał się w kupę i brawurowo zdobył serce Drew Barrymore.



Brak komentarzy: