czwartek, 30 grudnia 2010

Koniec Roku - Regularna Lista Wraca w Styczniu

Rozkoszuję się ostatnimi dniami urlopu, przygotowuje się do mojego Rutsch ins Neue Jahr i słucham mojej ulubionej płyty z 2010 roku. Przed Wami "Safe Tomorrow".

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Przerywnik przedświąteczny

Zbliżają się święta, a co za tym idzie, mój długo wyczekiwany powrót do domu. W środę wsiądę na pokład samolotu Austrian Airlines i - mam nadzieję - dotrę do Polski szybko i bezpiecznie. I bez opóźnień. Ta świąteczna wyprawa może nieco zaburzyć cykl wypuszczania kolejnych postów, ale nie macie mi chyba tego za złe, prawda:)?

W ramach zadośćuczynienia przesyłam moją tegoroczną kolędę. A na pytanie czy święta na pewno były lepsze w latach 80' musicie odpowiedzieć sobie sami. Jeśli urodziliście się w latach 80' to pewnie i tak niewiele z tamtych świąt pamiętacie, bo ja akurat to nie pamiętam prawie nic. No, może jedynie mój pierwszy zestaw klocków lego (taki niebieski traktor). A i że z szynką były problemy. Życzę więc Wam wesołych, spokojnych Świąt bez problemów z szynką i bezpiecznej drogi do domu.

sobota, 18 grudnia 2010

Numer 227 - Husker Du "Love Is All Around"

Kolega (obcokrajowiec) zapytał wczoraj, jak zimno jest w Polsce i gdy dowiedział się, że to jakieś -20 może i -25 stopni odparł - no, tak, ale ty jesteś pewnie przyzwyczajony do niskich temperatur. Miałem ochotę odpowiedzieć, że jasne - zima to mój przyjaciel, do tego lubię kąpać się w przerębli, mam futro z lisa, którego mój tata upolował przed laty, a na święta uwielbiamy jeść smażone szyszki i igliwie z sosen.

Stereotypy. Uproszczony sposób myślenia, który sprawia, że postrzegamy kogoś nie takim, jakim jest, a takim, jakim wydaje nam się, że powinien być. Ten schemat myślenia można też przełożyć na inne zjawiska. Weźmy tytuł "Love Is All Around". Na bank przyjdzie nam do głowy tania pościelówa, a niejeden dopowie jeszcze Wet Wet Wet przypominając nam nazwę pewnej grupy i ich mdły hit sprzed lat. O gejach stereotypów narosło już tyle, że życia by nie starczyło, by je opisać. I choć orientacji seksualnej nie powinno łączyć się z muzyką (ani jakimkolwiek innym przejawem działalności, bo co ma piernik do wiatraka) to fakt, ze 2/3 składu Husker Du to geje, od razu narzuca myślenie o kolorowych apaszkach, zniewieściałym głosie i cukierkowych melodiach w stylu James Blunt, albo co gorsza Wham.

A tu zonk, bo od Husker Du do takiego Blunta dalej niż z mojej małej mieściny do Katowic (a to naprawdę daleko). "Love is All Around" to nie ich kawałek, ale noszący wszelkie cechy ich bardzo charakterystycznego stylu, w którym pop miesza się z punkiem i hardcore tworząc nową jakość na ówczesnej muzycznej scenie i inspirując masę artystów, z adorowanym przeze mnie Everclear włącznie.

A wracając do tamtego kolegi. Koniec końców odparłem jednak, że nie, jestem raczej ciepłolubny. I wybaczyłem mu w duchu. W końcu zakorzenione we mnie stereotypy na temat jego kraju, też już dawały o sobie znać.



czwartek, 16 grudnia 2010

Numer 228 - Kelley Polar "Entropy Reigns"

Rok 2010. Wszechświat równoległy. Wręczenie nagród Grammy za najgorszy utwór roku przypada tym razem nieocenionej na gruncie muzyki skrajnie debilnej grupie Black Eyed Peas za kawałek "The Time (dirty bit)".

Należała im się ta nagroda. Toporny songwriting (jeśli to jest songwriting), chamskie bity, prostackie aranże, fatalnie autotune'owane wokale. Nie ratują też sample z Dirty Dancing. Jeśli Black Eyed Peas chcieli uchwycić moment z życia, to im się wyjątkowo nie udało. Ich próby tworzenia muzyki (bo to przecież nie może być muzyka), przyrównałbym do moich ówczesnych prób tworzenia obrazów. Co bym nie robił, jakbym się nie starał, to ze "Słoneczników" Van Gogha zawsze wyjdą mi bazie, no, co najwyżej mlecze.

W tym samym wszechświecie nagrodzono by Kelley Polara, któremu jak mało komu wcześniej udało się - tak muzycznie jak i lirycznie - oddać intymność sytuacji na linii ona-on przedstawiając zaprawioną nutą goryczy i smutku alternatywną wizję Dirty Dancing przeniesionego do współczesnego klubu, gdzie tańczy się bardziej osobno niż razem. I gdzie on i ona nie wyjdą za ręce i nie będą żyć happily ever after.

A kolejny świat równoległy byłby jeszcze bliżej ideału: tam Black Eyed Peas po prostu by nie istnieli.



środa, 15 grudnia 2010

Numer 229 - Paul McCartney "Hope Of Deliverance"

Musiałem być małym kajtkiem, tak z 9 lat to miałem max, kiedy przysłuchiwałem się z uwagą piosence, którą na gitarze wygrywał jeden z uczniów mojej mamy. To był szkolny wyjazd na tak zwane "pieczonki", a ja byłem zauroczony zarówno obecnością dorosłych ludzi (no, ba, 14 lat to na karku mieli) i melodią, której pochodzenia nie poznałem przez kolejne kilka dobrych lat.

Czasem tak jest. Słyszysz piosenkę w radio, albo przy okazji robienia zakupów, albo w całkowicie zaskakujących okolicznościach jak w restauracyjnej toalecie i potem Cię nosi, bo melodia Ci wpadła w ucho, a Ty za Chiny Ludowe nie wiesz, kto to gra. Teraz dowiedzieć się jest jednak prościej, jak zapamiętasz linijkę tekstu, to Google prawdę Ci powie.

Kiedyś, jak jeszcze internetu nie było (albo i był, ale nie u nas i nie na taką skalę), to jedyne co można było zrobić to czekać. Ja na odkrycie autora melodii zasłyszanej przy ognisku czekałem jakieś 7 lat. W końcu złapałem ją na MTV. Lasy, knieje, hipisowska atmosfera, gitara akustyczna, marakasy, hope of deliverance, Paul McCartney. Doczekałem się. Z drugiej strony mogłem to wiedzieć o wiele wcześniej. Nie potrzebowałem do tego internetu, Google i nadsłuchiwania kolejnych stacji radiowych. Jak? Odpowiedź jest banalna: wystarczyło wtedy po prostu zapytać.



piątek, 10 grudnia 2010

Numer 230 - Sisters Of Mercy "Dominion"

Klip do "Dominion" chcąc nie chcąc przywołuje wspomnienie trylogii o Indiana Jonesie (a właściwie o trzeciej części cyklu, tej o Grallu) i przede wszystkim moje dziecięce marzenie z kategorii "kim zostanę jak będę dorosły".

Nie, nie chciałem być strażakiem, ani milicjantem. Zaimponował mi Indiana Jones, a pod jego wpływem pomarzyłem o byciu archeologiem. Z tym, że bardziej niż grzebanie w kościach dinozaurów czy rozkopywanie ziemi interesowała mnie przygoda, dreszcz emocji, piękne kobiety to chyba jeszcze wtedy nie. Ale z takiego rewolweru to bym sobie już postrzelał.

Jak każde dziecko miałem także skłonności do prostych, chwytliwych melodii. A nie nosiła i nie nosi Ziemia, planeta nasza, ludzi, którzy nie podrygiwaliby na dźwięk mocarnego bitu, głęboko zarysowanego basu, syntezatorowej melodii i - rzeczy tak bliskiej naszej słowiańskiej duszy - chóralnego refrenu, a jak się jeszcze saksofon doda - idealny patent na przebój. Andrew Eldritch miał do tego wypasione okulary, w odwodzie swój automat perkusyjny - Dr. Avalanche. I last but not least - Patricię Morrison, która wszem i wobec roztaczała swój demoniczny urok.

Minęły lata, a ja archeologiem koniec końców nie zostałem, choć prawie wybrałem się kiedyś na wykopaliska w rejonie starego cmentarza niemieckiego na Opolszczyźnie. Do wyprawy jednak nie dołączyłem, moja przygoda rozpoczynała się w zupełnie innym miejscu świata i z archeologią nie miała mieć już wiele wspólnego. Ale to już kolejna, inna historia.



środa, 8 grudnia 2010

Numer 231 - Guns'n'Roses "Sweet Child Of Mine"

Zdobywanie serca kobiet. Sposób 1 - "Na Nothing Else Matters": bierzesz gitarę i prawą rękę lokujesz przy trzech dolnych strunach, lewą nigdzie gryfu dociskać nie musisz, banał. Zaczynasz trącać struny od trzeciej od dołu ku tej najniżej położonej i potem z powrotem do góry. Uwaga dziewcząt skupia się na tobie, uśmiechasz się zawadiacko brzdąkając dalej, po chwili któraś z nich mówi - ale ty ładnie grasz. Powoli zaczynacie rozmowę, przerywasz subtelnie grę i nikt nigdy nie odkrywa twojej tajemnicy, że z całego Nothing Else Matters znasz tylko wstęp.

Zdobywanie serca kobiet. Sposób 2 - "Na Sweet Child of Mine": przy "Sweet Child of Mine" jest już nieco trudniej. Wymaga też małej praktyki przed. I pewnego elementu stroju - bandana na głowę obowiązkowa. Możesz nawet ponucić pod nosem "o o o, sweet child of mine". Ale efekt może być kilka razy lepszy. W końcu w Axl'u Rose kochało się sporo dziewczyn z mojej podstawówki. A chłopcy wzdychali do riffów Slasha. A może i do samego Slasha, tego nie wiem na pewno.

Dla mnie Guns'n'Roses z tym skrzekliwym śpiewem Rose był momentami nie do zniesienia. Doceniłem jednak wagę i znaczenie "Sweet Child Of Mine". W końcu na wyjazdach szkolnych każdy sposób na zauroczenie koleżanek z klasy był na wagę złota.



poniedziałek, 6 grudnia 2010

Numer 232 - Animal Collective "Winter Wonder Land"

Wsi spokojna, wsi wesoła. Pamiętam z dziecięcych lat, jak się jeździło na ferie letnie i zimowe do rodziny mieszkającej na wsi w Beskidzie Żywieckim.

Chodziło się z wujkiem do kurnika świeże jaja kurom podbierać, bawiło się z kotem na podwórku i z uwagą obserwowało padalca, co się na kłodzie drewna opalał. Chodziło się też do świń wszelakich, do prosiaków, co je maciora karmiła. A i warchlaka w lesie przyuważyć można było, jak kto uważny był. A i do krowy się czasem zajrzało, coby zobaczyć jak mleko nam na śniadanie oddaje. I króliki, co jeden potem w garnku wylądował, biedny. I wreszcie te straszne gęsi, co tylko by dziecko czy dorosłego w łydkę upieprzyć chciały.

Wystarczyło jednak by nadeszła pewna zimowa noc, co już blisko Wigilii była... obudziły mnie jakieś niepokojące głosy w stodole, jakaś muzyka, ze wsi, ale z jakieś takiej dziwnej wsi w wymiarze co najmniej równoległym. Wychodzę na podwórko i cóż ja widzę, kot na drumli pobrządkuje, a ze stodoły feria świateł skrzy i bateria instrumentów perkusyjnych niebo atakuje, podchodzę a tam prosiaki z warchlakami tańczą na klepisku, gęsi z kurami wystukują rytm, kozy meczą, krowa wyje, a pies... dałbym sobie rękę uciąć, że miał w ręku banjo. Stoję jak wryty, a te zwierzaki wszystkie bawią się w najlepsze. I chyba maciora pod nosem "Polskę trzeba zlepperować..." nuciła. Potem zemdlałem.



niedziela, 5 grudnia 2010

Numer 233 - Brodka "K.O."

Jednym z największych - subiektywnie oceniając - dokonań XXI wieku so far jest zmiana w postrzeganiu i słuchaniu muzyki. Kiedyś przyznawanie się do słuchania mainstreamowego popu narażało na ostracyzm, a łączenie sympatii do Depeche Mode i trash metalu ryzykowało otrzymaniem tak zwanego "wpierdalu" ze strony fanów tego drugiego. Nie mówiąc o kuriozach w stylu - podaj skład i dyskografię Metalliki albo skroimy Ci koszulkę.

XXI wiek przyniósł znaczną redukcję muzycznych guilty pleasures, bo teraz nie wstyd, a wręcz wypada słuchać wielu, często skrajnie różnych, rzeczy. Może zjawisko z ubiegłego wieku nie znikło całkowicie, ale zmiana jest zauważalna. I tak, nikt już się nie dziwi, gdy w moim IPodzie tuż obok Dillinger Escape Plan znajdzie taką Brodkę.

Na tym Ipodzie będzie i bajkowe, trochę pretensjonalne "K.O." i parę innych utworów z nowego albumu wokalistki. Na wszelki wypadek wkuwam na pamięć skład zespołu Brodki i jej dyskografię. Kto wie, czy jej szalikowcy nie czyhają za rogiem.



piątek, 3 grudnia 2010

Numer 234 - Motion City Soundtrack "Time Turned Fragile"

W ostatnich dniach wszyscy brną w zaspach próbując dotrzeć z pracy do domu, brnę i ja. U mnie droga przebiega jednak prościej, 2 kilometry, około 20 minut na nogach jak się ślamazarzę, a góra 15 minut szybkim krokiem wykorzystując skrót. Z uwagi na śliską nawierzchnię opcja 20 minutowa jest bezpieczniejsza. I gdy tak wracam wieczorem z pracy w otoczeniu migoczących świateł latarni i pobłyskującego wokół śniegu nie mogę poddać się nastrojowi nostalgii. "Time Turned Fragile" ten nastrój jeszcze bardziej podkręca.

Nie ma się co dziwić, Justin Pierre spreparował historię z gatunku tych smutnych, monolog ojca wspominającego swojego syna. Sam temat nie jest odkrywczy, ale biorąc pod uwagę styl pod jaki Motion City Soundtrack są podpinani - pop punk - jest to jakimś, pozytywnym zresztą, zaskoczeniem. W końcu w powszechnym pojęciu pop punk to teksty o bzdurach przy akompaniamencie wtórnych do bólu melodii, a wydanie podręcznika "Nauka gry pop punku w weekend" zdaje się być kwestią czasu. Ponadto Pierre posiadł może nie wyjątkową, ale zacną zdolność do przekuwania swoich obserwacji i doświadczeń w frapujące liryki. Muzyka jakby trochę kwestionuje melancholijny wydźwięk tekstu, ale działa jedynie na korzyść całości.

Więc tam dreptam i dreptam w tym śniegu, kolejne płatki spadają mi na włosy (muszę kupić czapkę) i repeatuje "Time Turned Fragile" po raz czwarty. Jestem prawie w domu, repeat numer pięć i ponownie słyszę - "tiny hands, recycled cans, the metal bands I could not stand". Uśmiecham się pod nosem, z tymi the metal bands w przypadku mnie i mojego taty jest dokładnie odwrotnie.



wtorek, 30 listopada 2010

Numer 235 - Tom Waits / The Ramones "I Don't Want To Grow Up"

Zabawne, im młodszym się jest, tym bardziej pragnie się być starszym i na odwrót. Mając dajmy na to szesnaście lat, z utęsknieniem oczekujemy osiemnastu. Gdy zbliżamy się do trzydziestki, chętnie cofnęlibyśmy się do dwudziestki. Oczywiście z bagażem doświadczeń trzydziestolatka, coby przebić rówieśników.

Człowiek ulega także złudnemu wrażeniu, że z czasem czasu będzie mieć coraz więcej. Pamiętam słowa mojej znajomej - teraz jest nauka i studia, ale potem jak już przez to przebrnę, będzie więcej czasu na wypady w góry i spotkania. Morał jest taki, że nie wyskoczyliśmy na piwo od dobrych paru lat, o górach nie wspominając.

When I see the price you pay, I don't want to grow up - nie dorosnąć - czasami wydaje się, że tak byłoby najłatwiej, Waits w kolejnych wersach podrzuca nam hasła-klucze, z którymi możemy się utożsamiać. A Ramones obrabiają je w charakterystyczny dla siebie sposób. Kłótnie w rodzinie, zaciąganie długów, oszczędzanie na starość, presja kupna nowego telewizora, IPoda czy nowego modelu RayBanów - to jest be i tego nie chcemy. Z drugiej strony, dorastanie nie musi być wyrokiem. W końcu dziecięca świeżość siedzi ponoć przede wszystkim w głowie. Tak właśnie pomyślałem wchodząc do przyciasnego już jak na mnie wagonika w Pałacu Strachów, z którego uciekłem kiedyś z krzykiem jako młody chłopiec.





piątek, 26 listopada 2010

Przerywnik piątkowy - Samolot

Za paręnaście minut muszę się zbierać na samolot, ale właśnie wpadła mi do głowy ta piosenka, która właściwie też traktuje o lataniu, więc poniżej wklejam link w ramach bonusa do poprzedniego posta i życzę miłego weekendu.

czwartek, 25 listopada 2010

Numer 236 - The Gathering "On Most Surfaces"

Ja wiedziałem, że tak będzie. Musiałem wczoraj z rana dostać zimnymi, zmieszanymi z kroplami deszczu płatkami śniegu i tnącym jak sztylet podmuchem wiatru po pysku, żeby przypomnieć sobie o piosence, która towarzyszy mi każdej zimy od dobrych 10 lat.

Z zim to najgorsza była chyba ta w 2006, gdy impreza sylwestrowa była o krok od całkowitej porażki. Cóż to się wtedy nie działo, miasto zasypane, autobusy nie kursowały, drogi poblokowane, goście nie mieli jak dojechać, na przystankach wrócono chyba nawet na moment do tradycji grzania się przy rozpalonym koszu na śmieci. Problem zaczynał się przy tych plastikowych, smród jak cholera, ale ciepło to było. W telewizji niepokojące komunikaty o kolejnych wypadkach, stłuczkach i bójkach w kolejce po szampana cin cin. Zima oczywiście zaskoczyła wszystkich, tym razem nie tylko drogowców.

Dziś po śniegu ani śladu, chłodniej jakby, ale z wczorajszej zimowej ofensywy nie pozostało praktycznie nic. Do kiedy? Tego nie wiem, więc lepiej zmienię już opony na zimowe i kupię tą czapkę z "psimi" uszami, którą parę dni temu widziałem w sklepie.



wtorek, 23 listopada 2010

Numer 237 - Cyndi Lauper "Good Enough"

Urodziliśmy się w latach 80 i oczywistym było, że na pewnym etapie naszego życia chcieliśmy być Goonie. Odmienić swoje życie, znaleźć skarb piratów, podążyć za niebezpieczną przygodą. Facebook i życie w sieci nie kradły nam czasu, więc buszowaliśmy z kolegami po lasach, parkach, z robionymi ręcznie łukami w garści, pistoletami na kapiszony kupionymi na odpuście. Toczyliśmy między sobą bitwy, by zaraz potem jednoczyć się przeciwko wspólnym wrogom, z reguły z innego osiedla.

Życie miało potem zweryfikować nasze marzenia, część z nas jeśli toczyło bitwy, to na ustawkach, część zaprzągnęła się do "normalnej" pracy, część poszła na studia, bo wtedy jeszcze wydawało się, że papier magistra to prestiż i gwarancja dobrej pracy. Niektórych z nas oszukali, banda złodziei polskich decydentów. Kilka setek tysięcy nas uciekło do UKeja, prawdopodobnie ze względu na lepszy dostęp do koncertów artystów z całego świata.

No, ale póki co nadal mamy te kilka lat, biegamy po podwórku lub dworze w zależności od regionu, naszym lokalnym idolem jest, obok psa Łajki rzecz jasna, Pan Samochodzik walczący dzielnie z wrogami Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, która lada chwila runie na komendę Joanny Szczepkowskiej. A gdzieś w oddali Cyndi Lauper wydziera się w piosence do jednego z naszych ulubionych filmów.



niedziela, 21 listopada 2010

Numer 238 - Frou Frou "The Dumbing Down of Love"

Co się dzieje, gdy słyszysz swoją ulubioną piosenkę w reklamie albo jako dżingiel stacji radiowej lub telewizyjnej? Zakładam, że twoje ciało oblewa potężna fala wku
*wienia, a z ust wydobywa się tylko krótkie "ku*wa, znowu to zrobili".

Historia odnotowuje wiele przypadków zawłaszczania muzyki przez rekiny show biznesu. Nie ma co zapominać, często gęsto dzieje się to także za przyzwoleniem artystów i/lub ich managementu. Najgorzej jednak jest gdy "nasza" muzyka zostaje umieszczona w nowym kontekście, czasami kompletnie nietrafionym z punktu widzenia oryginalnego przesłania utworu (tu kłania się przypadek reklamy czekoladek Duplo z podłożona melodią z "Time to Pretend" MGMT).

Z Imogen Heap i jej macierzystym Frou Frou miałem trochę szczęścia. Wprawdzie popularna ogólnopolska stacja telewizyjna wykorzystała jej utwór w swojej czołówce, ale akurat ten, który raczej średnio mi podchodził. Z kolei niejaki Jason Derulo porwał się na samplowanie "Hide & Seek", który lubię już bardziej, ale już moje ulubione "The Dumbing Down of Love" szczęśliwie uniknęło komercyjnej reutylizacji. Przynajmniej póki co. Nie ma się więc co dziwić, że niepokój ogarnia mnie za każdym razem, gdy natrafiam w telewizji na przerwę reklamową.



sobota, 20 listopada 2010

Przerywnik sobotni - Guilty Pleasures vol.2

O ile wczorajsza chwilowa "fascynacja" Feel zakrawa dziś na głupi żart, to w kategorii real guilty pleasure Nic & The Family są moim solidnie przemyślanym wyborem i grzeją miejsce w ławce honorowej od dobrych paru lat (będzie z siedem). Skrajna prostota tekstu (hej, tu nick, chcę tylko usłyszeć twój głos) ozdobiona zapętloną casio-melodyjką i skrajnie luzacki image grupy sprawiają, że nie można ich nie polubić. Zobaczcie zresztą sami.



piątek, 19 listopada 2010

Przerywnik piątkowy - Guilty Pleasures

Guilty pleasures. Piosenki, których słuchamy z wyrzutami sumienia. Piosenka, która dziś - ku mojemu zaskoczeniu - weszła mi do głowy i nie potrafi wyjść to guilty pleasure w wersji megahardcore. Wstyd mi potwornie i nie zdziwię się, jeśli czytający tego bloga skasują i zapomną link do niego tuż po ujawnieniu mojej strasznej tajemnicy. Ja się naprawdę zajebiście tego wstydzę i mam nadzieję, że jutro nie będę o tym pamiętał. Póki co, kto odważny niech posłucha/obejrzy.

Jutro to skasuję.

czwartek, 18 listopada 2010

Numer 239 - Sigur Ros "Untitled 3"

Słyszymy sygnał i lampka zapiąć pasy zapala się na jasnopomarańczowy kolor. Obok mnie jakiś koleś bawi się blackberry i za chwilę zbiera opieprz od stewardessy za niestosowanie się do poleceń załogi. Startujemy, jakieś dziecko zaczyna się drzeć i walić piąstką w szybę, samolot nabiera prędkości, 200km/h, 250km/h i więcej i nagle, niemal niezauważalnie wzbijamy się w powietrze.

Chyba lubię latać. Nie od pierwszego razu, bo tamten był nieco traumatyczny. Ale z czasem - nieco przymuszony przez okoliczności - nabrałem sympatii do tej formy długodystansowego podróżowania, z pewnym żalem żegnając się z ulubionymi jak dotąd pociągami. Oczywiście, rytuał odpraw i security checków, czekania na boarding - tego z dużą dozą pewności nigdy nie polubię. Podobnie jak wystawania w kolejce po hotelowy voucher po odwołanym wieczornym locie. Za to bycie już w powietrzu to co innego.

Zaczynamy więc podchodzić do lądowania i znajoma zapiąć-pasy lampka znów świeci. U kabinie cisza, światła zostają wygaszone. Nagle silne turbulencje zaczynają trząść korpusem samolotu, przez okienko widzę jak skrzydło rzuca się to w dół, to do góry walcząc z prądami powietrza. Gość od blackberry zaczyna szybko oddychać, łapie się fotela, jakby mu to coś miało pomóc, gdybyśmy już serio zaczęli spadać. Czas lądowania to jakieś dziesięć minut, które dla mnie rozciągają się do sześćdziesięciu. Wbrew przepisom włączam empetrójkowego walkmana. Na ekranie wyświetla się napis - "every moment has its music". Ten moment ma właśnie taką.



piątek, 12 listopada 2010

Przerywnik piątkowy - Late Of The Pier "Heartbeats"

Najpierw praca, potem przyjemności. Obowiązki wzywają, w związku z czym do środy wieczora nie wrzucę pewnie żadnego wpisu, mimo, że parę mam już naszkicowanych. Lista jednak będzie trwać, przynajmniej do miejsca numer 1 (chyba, że potem polecą wartości ujemne), a w międzyczasie przesyłam piosenkę-i-klip-to-potańczenia-przy jeśli ktoś lubi tańczyć. Miłego weekendu.


wtorek, 9 listopada 2010

Numer 240 - Goo Goo Dolls "Sympathy"

Nietrudno natknąć się w blogosferze na kwestię ewolucji gustu muzycznego. Dajmy na to w tym stylu - słuchałem zespołu XXX, ale wtedy byłem szczeniakiem, a ich muzyka to gówno z błotem, teraz doznaję frenetycznego-glo-fi-hypnagogic-psycho-post rocka z elementami jazzu i witch-house. Czytam i się denerwuję, bo co chwila muszę sięgnąć do słownika.

Nie wiem czy w moim przypadku mogę mówić o ewolucji, bo mimo zasiedlania mojego muzycznego świata przez nowe twarze żywię sentyment i wracam do muzyki, której słuchałem dajmy na to 10 lat temu. Weźmy takie Goo Goo Dolls, pop rock rodem z najbardziej wyświechtanych szablonów, ale nadal nie potrafię się wyprzeć się "Dizzy Up the Girl" - albumu, który zdobył popularność głównie dzięki balladowemu "Iris". "Sympathy" nie doszukacie się na "Dizzy Up...", ale ta piosenka mogłaby się tam spokojnie znaleźć, głównie dlatego, że Goo Goo Dolls przez całą karierę nagrywają właściwie ten sam utwór w różnych wersjach. Jedyne co autentycznie mi przeszkadza, ale to już w klipie, to te ujęcia sprzed sportowego samochodu - przeobleśnie macho-rockowe, że aż się dziwię, że tego nie wycięli.

I nie, nie żałuję żadnej przesłuchanej płyty czy piosenki. No, może z wyjątkiem przebojów Blümchen i kilku płyt z krainy black-metalu.



Kliknij by obejrzeć na youtube, bo Warner blokuje umieszczanie klipu na stronach: Goo Goo Dolls "Sympathy"

niedziela, 7 listopada 2010

Numer 241 - Lady Pank "Siedmoramienna Tęcza"

Tak zwana muzyka dla dzieci to jest prawdopodobnie to, co mnie najbardziej jednocześnie drażni i przeraża. Rekordy biją w tym popularne przeboje nagrywane ze smerfowymi głosami - w takich chwilach całym sercem jestem za wprowadzeniem cenzury w muzyce. Nieodległą wartość na skali badziewia oferują tylko piosenki Teletubisiów. Podobno na WikiLeaks niedługo pojawią się kolejne tajne akta, świadczące tym razem, że amerykańska armia wcale nie torturowała więźniów hard-rockiem czy hip hopem, a smerfową przeróbką wypocin DJ Bobo.

Nie ma się też co oszukiwać, Lady Pank nagrali dużo złych piosenek, ale tym, co zrobili na ścieżce dźwiękowej do "O Dwóch Takich Co Ukradli Księżyc" odkupili, przynajmniej częściowo, swoje przeszłe i przyszłe (raczej przyszłe) grzechy. Zwłaszcza w "Siedmoramiennej Tęczy" gdzie kojącej, płynącej gitarowej melodii towarzyszy niebanalny tekst. I dokładnie taką muzykę mam ochotę puszczać na dobranoc swojemu przyszłemu dziecku. I nie tylko. Sam chętnie tego słucham, gdy tak mi źle, tak mi źle, tak mi łyso, szary jest kot i pies i szare dni są.



piątek, 5 listopada 2010

Przerywnik piątkowy - We Are Scientists "I Don't Bite"

Piątkowy wieczór to taki fajny fragment tygodnia, kiedy nie musimy jeszcze się stresować planami na sobotę w stylu: super, wolne, wieczorem impreza, w co się ubrać, ta koszula to jeszcze modna jest? gdzie są te moje podrabiane Ray Bany? co pijemy, wino? a może piwo? nie po piwie mam kaca; obiad na mieście, może chińszczyzna? mało czasu, a jeszcze psa trzeba wyprowadzić, i jeszcze zakupy, mamy schab i kapustę na niedzielę? a ten wieczorny melanż to domówka czy do klubu? a do klubu to do jakiego, gdzie teraz grają ten modny chillwave? o, Bayer Full jest w mieście? a potem to mamy jakiś nocny czy bierzemy taxi... No i po takim maratonie niedziela więc z reguły upływa na odpoczywaniu. A piątek to pełne oczyszczenie po upływającym tygodniu, może być w formie smętnego, acz fajnego siedzenia ze znajomymi w knajpie przy piwie, nadrabiania zaległości filmowych, czytelniczych albo moc wrażeń przy kolejnym odcinku Tap Madl. Co kto lubi.

Ja właśnie zabieram się do obejrzenia kolejnego odcinka drugiej serii Twin Peaks, a po męczącej sobocie w niedzielny wieczór odpocznę na koncercie tegoż zespołu:



środa, 3 listopada 2010

Numer 242 - Familjen "Det snurrar i min skalle"

Zabawne. To było kawał czasu temu, a pamiętam każdą minutę naszego naprawdę pierwszego wspólnego weekendu. Pociągiem prosto do Pszczyny. O czym wiedziałem tylko ja, bo dla niej to miała być niespodzianka. Minął weekend. Gdy już pożegnaliśmy się na dworcu w Katowicach, wsiadłem do busa i ruszyłem do domu. Miałem przy sobie odtwarzacz, włączyłem, po chwili w słuchawkach usłyszałem: "jag gjorde upp en eld for dig...".

Ciekawe na jak świetnie zarysowanych kontrastach opiera się "Det snurrar i min skalle". Z jednej strony mamy suche i puste niczym uderzenia w wydrążony pień drzewa bity, niby żywcem wyrwane ze świątecznej choinki dźwiękowe ornamenty, minorowy bas i melodyjkę jak ze starej gry komputerowej. Po drugiej stronie stoi przełamujący tą bezduszną powłokę głos wyśpiewujący jedną z najcelniejszych, a przy tym brutalnie prostą i bezpretensjonalną, linijek tekstu: rozpaliłem dla Ciebie ogień, a teraz płonie cały las. Kilka słów, które rozbijają w pył całe to pseudofilozofowanie o miłości w stylu Paula Coehlo.

"...och nu brinner hela skogen". Włączam sobie to dziś po raz kolejny. Słucham, odnajduję w pamięci tamto mroźne sobotnie popołudnie i to, jak ciepło mi się zrobiło, gdy dostałem buziaka na pożegnanie. Patrzę na to wszystko i zapewne nadinterpretuję, ale z perspektywy czasu te słowa okazały się dla mnie niezwykle i radośnie prorocze.



P.S. Klip to jakość sama w sobie. Dostał nawet nagrodę Grammy w Szwecji.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Numer 243 - Dave Matthews Band "Bartender"

Pamiętam, że kłóciliśmy się z bratem kto ma zapalać znicze. Pamiętam zbiorowisko osób należących do rodziny, które widywałem tylko raz do roku - właśnie przy tej okazji. Pamiętam komentarze wszelakich cioć i wujów: - ale on wyrósł, 5 lat później - a dziewczynę już ma?, po kolejnych 5 latach - dziewczynę ma?! to kiedy ślub? Pamiętam dwóch kleryków zbierających przy wejściu ofiarę na seminarium. Pamiętam ponurą procesję przez cały cmentarz z towarzyszeniem trąb i instrumentów perkusyjnych i dusznym zapachem kadzidła. Pamiętam wreszcie cmentarne wzgórze, z którego rozciągał się widok na okoliczne pola i łąki, a w oddali, jak za mgłą lekko migotały zarysy wapiennych skał.

Mój tegoroczny 1 listopada to pierwszy raz spędzony z dala od rodziny, samemu, zagrzebanemu w papierach, kolejnych requestach, eskalacjach i raportach. Gdy wracałem już o zmroku do domu, zadzwonił brat, opowiadał kogo znowu spotkali na cmentarzu i jak minął im dzień, takie tam. Chwilę później przypomniałem sobie o tym kawałku.



niedziela, 31 października 2010

Numer 244 - Depeche Mode "Enjoy The Silence"

Ciężko napisać coś odkrywczego o utworze, który stał się jednym z hitów wszechświata, był grany chyba w praktycznie każdym kraju naszego globu, gdzie dociera prąd, a nawet i w martwej, arktycznej strefie na pewno znalazłoby się parę niedźwiedzi polarnych zdolnych zanucić główny motyw piosenki. Nie liczę już potężnej ilości kowerów, często wątpliwej jakości, powielających nieudolnie oryginał.

W sumie nie ma się co dziwić, bo "Enjoy the Silence" stanowi kolejny dowód na to, że geniusz kryje się w prostocie, a nie przykładowo w 20 minutowych onanistycznych solówkach. Mamy tu wiec urzekający motyw gitarowy, przeplatany wygenerowanymi na syntezatorze chóralnymi podbiciami i towarzyszący im miarowo nabijany rytm, urozmaicony w przejściach między zwrotkami. Niebagatelną rolę odegrał Dave Gahan zmieniając nieco częstochowskie rymy tekstu - "words like violence, break the silence" - w zaprawione mieszaniną melancholii i kipiącego uczucia poruszające miłosne wyznanie.

"Enjoy the Silence" słyszałem po raz pierwszy jako 9 letni chłopiec i wtedy ta piosenka stanowiła dla mnie jedną całość z klipem, w którym Gahan w stroju króla z nieodłącznym leżakiem przemierza kolejne plenery. I było mi cholernie smutno, jak go oglądałem.



czwartek, 28 października 2010

Numer 245 - Primus "Over The Falls"

Dobry zwyczaj nie pożyczaj - kolejne mądre ludowe przysłowie, które przyswoiłem sobie trochę za późno. Uskładałem sobie z kieszonkowego i chodzenia po kolędzie na "Brown Album" Primusa i skończyło się, tak jak skończyć się musiało. Pożyczyłem. Zapomniałem komu. Album przepadł.

Nie zapomniałem "Over the Falls", bo to z dużą dozą prawdopodobieństwa jeden z pierwszych utworów, który odwrócił moją uwagę od gitary i kazał skupić się także na basie. Ciężko także zapomnieć Lesa Claypoola, zakręconego nieco osobnika, który wsławił się nagraniem tytułowej piosenki, do równie zakręconego serialu South Park. Claypool wywarł wpływ nie tylko na mnie. Swego czasu śmigająca po falach eteru grupa Guano Apes nie ukrywała swojej fascynacji Primusem.

Minęło wiele lat, a "Brown Album" tak jak nie miałem, tak nie mam. Zrobiłem więc listę, spisałem wszystkich znajomych i dzwonię po kolei do każdego. Jeśli więc w okolicach dwudziestej trzeciej odbierzesz telefon i usłyszysz niski głos mówiący - wiem co zrobiła(e)ś tamtego lata - lepiej dobrze się zastanów zanim odpowiesz...



środa, 27 października 2010

Numer 246 - The Offspring "Dirty Magic"

"Gunter glieben glauchen globen" - huknęło z głośników u sąsiada. Chwilę później - gdy pojawiło się "give it to me baby" - wiedzieliśmy już co jest grane, nasz sąsiad - dotychczas fan raczej eurodanceowych brzmień - pokochał nowy zespół. The Offspring trafili pod strzechy - podsumował mój tata.

Parę lat wstecz, siedząc na werandzie domu z widokiem na Giewont w trakcie wakacji spędzanych z rodzicami i bratem, z zaciekłością godną mistrza olimpijskiego próbowałem przedrzeć się przez warstwę szczelnej folii, by dobrać się do świeżo zakupionej kasety zespołu - "Ignition". Było to w czasach, gdy moi kumple wałkowali na okrągło "Smash" z hitowym "Come Out And Play", a The Offspring stanowili drogowskaz dla sporej grupy nastolatków. W moim przypadku zaprowadziło mnie to nie tylko do pokaźnego katalogu Epitaph - macierzystej wytwórni zespołu, ale dało mi motywację do poszukiwań muzycznych na nieznaną dotąd skalę i definitywnie odcięło mnie od tej części społeczeństwa, która słucha "wszystkiego" albo "tego, co leci w radio".

"Dirty Magic" to chyba pierwszy kawałek, jakiego nauczyłem się grać na gitarze w całości ze słuchu. Po dziś dzień mam sentyment do tej świetnej w swojej prostocie frazy gitarowej i historii o femme fatale. A mając naście lat słuchałem tego namiętnie, gdy dostałem kosza od koleżanki z równoległej klasy.



niedziela, 24 października 2010

Numer 247 - Architecture In Helsinki "Sooner Than Soon"

Jeśli charakter muzyki można przyporządkowywać porom roku, odnosić go do stanów emocjonalnych czy używać referencji kulinarnych, czemu by nie pokusić się określenie go jako pomieszczenia?

Idąc tym tropem, im dłużej "Sooner Than Soon" słucham, tym mocniej przekonuje się, jak bardzo ta piosenka kojarzy mi się z widokiem dziecięcego pokoju. Takiego z tapetą w tygryski, gwiazdozbiorem na ścianie, karuzelą zawieszoną nad łóżeczkiem, zegarem z pajacykiem na ścianie, miękkim dywanem, stosem pluszowych maskotek i przyczepionym koło okna balonikiem. Architecture in Helsinki w sobie tylko znany, magiczny sposób zamknęli w muzyce także esencję dziecięcej radości i szczęścia i za pomocą eterycznych dźwięków wykreowali iście bajkowy nastrój.

A skąd nagle ta myśl? To proste. Niedługo czeka mnie urządzanie takiego właśnie pokoiku.



piątek, 22 października 2010

Numer 248 - Caifanes "Viento"

Dywersyfikacja środków pieniężnych to podstawa. Kierując się tą złotą maksymą zdywersyfikowałem środki lokując część dolarów USA w portfelu, a 100 wkładając - do tej pory nie wiem czemu to zrobiłem - do paszportu. Parę godzin później przekonałem się, że ta dywersyfikacja to bujda.

Stoimy przy kontroli bezpieczeństwa na lotnisku w Mexico City, za 20 minut mamy lot do Guadalajary - stolicy tequilli i mariachi. Jakiś wojskowy prosi nas o wizę turystyczną, ale my jak na złość zostawiliśmy te świstki w domu u znajomej Meksykanki. Zabierają nam paszporty, w tym mój i znikają w biurze, wykonują jakieś telefony. Po chwili wychodzą. - Wszystko w porządku, gracias - i w ostatniej chwili wsiadamy do samolotu.

Niczym Donald Słońce Peru Tusk odbyłem swoją podróż życia. Do Meksyku. Piękny kraj. Truizm. Ale to naprawdę piękny kraj i chyba jedyny, w którym mógłbym zamieszkać na emeryturze. Tania i pyszna tequilla, rewelacyjna czarna fasola i pikantne tamales, maraton Pumaton z finiszem na Stadionie Azteków, w którym mieliśmy zaszczyt brać udział, szalona halloweenowa noc na ulicach Mexico City, wreszcie bardzo serdeczni i pomocni ludzie. I muzyka. Nieistniejący już Caifanes był swego czasu gwiazdą wielkiego meksykańskiego formatu i żal, że nie słychać o nich głośniej w Europie. Połączyli meksykańską tradycję z brzmieniem brytyjskiej nowej fali i nagrywali kawałki, które postawiłbym w jednym rzędzie z takim "Pictures of You" The Cure czy "I Don't Know Why I Love You" House Of Love. "Viento" to mój ulubiony, w którym każdy element jest na swoim miejscu i tworzy wyśmienitą całość - genialny motyw gitarowy, tłusty bas, mocny rytm i hiszpańskojęzyczny wokal (jeszcze jeden wyróżnik zespołu). Włączając tą muzykę nie potrafię nie przenieść się kilka lat wstecz, gdy na własną rękę, acz z pomocą dwojga przyjaciół, odkrywałem środkowy Meksyk.

Dolatujemy do Guadalajary. Szukamy jakiegoś hotelu, taksówkarz pyta nas skąd jesteśmy. - Polonia?! - i w tym momencie cena za kurs spada o 50%. Dojeżdzamy na miejsce. Przy płaceniu za nocleg (w przeliczeniu 50zł za osobę za noc w apartamencie w centrum miasta) nie mogę doszukać się stu dolarów. Nagle zdaję sobie sprawę czemu tak szybko nas puścili w Mexico City. Chyba niechcący dałem łapówkę.



środa, 20 października 2010

Numer 249 - MGMT "Time To Pretend"

Drinki. Kolorowe światła. Stoły bilardowe. Tor do kręgli. Dudniąca z głośników muzyka. Telewizory plazmowe na ścianach. Jakieś reklamy z MTV. Za drzwiami trzaska mróz, a śnieg zasypuje kolejne partie miasta. Jest piątek, 11go stycznia, dochodzi 24:00, a my znajdujemy się w dąbrowskim klubie Nemo.

Barman przełącza muzykę z płyty na tv, a na ekranie właśnie pojawiają się postacie z pochodniami. I po chwili wchodzi gitara, potem tandeciarska syntezatorowa melodyjka, zapętlony rytm automatu perkusyjnego, a potem, sam nie wiem czy bardziej smutny czy może obojętny głos wokalisty. Właśnie po raz pierwszy słyszę "Time To Pretend".

Śpiewanie o tak ekstremalnej - jak przedstawiona w "Time to Pretend" - wersji "carpe diem" chyba nigdy wcześniej nie miało tak pesymistycznego i przygnębiającego wydźwięku. "Time To Pretend" to nie dydaktyczna przestroga czy patrząc z drugiej strony zaproszenie do autodestrukcji. To prawdopodobnie najsmutniejsze zakończenie imprezy waszego życia, jakie można sobie wyobrazić.



wtorek, 19 października 2010

Numer 250 - Sparks "Ghost of Liberace"

To była ciepła, czerwcowa noc. Zalegała niemal kompletna cisza, słychać było jedynie szum liści poruszanych przez wiatr. Stałem na dziedzińcu zamku - właściwie rzecz biorąc - ruin zamku Odrzykoń i wpatrywałem się w oświetlane przez księżyc strzeliste zamkowe mury. Paweł - mój kolega - zniknął już wcześniej gdzieś za rogiem. Patrzę, Paweł biegnie w moją stronę. Po chwili usłyszałem dźwięk dzwonka zawieszonego przy bramie wjazdowej. Nagle zalał mnie zimny pot i nie zastanawiając się ani chwili dłużej zacząłem biec w kierunku bramy i dalej w dół. Choć bieg to mało powiedziane, bo spieprzaliśmy aż się patrzy. Mieliśmy kilkanaście lat i na własne oczy postanowiliśmy się przekonać o prawdziwości legendy o duchu Malej Pani z Odrzykonia.

Od dziecka lubiłem historie o duchach, a książkę "Duchy polskie, czyli krótki przewodnik po nawiedzonych zamkach, dworach i pałacach" Bogny Wernichowskiej i Macieja Kozłowskiego znam na pamięć. Tamten, bardzo sugestywnie ilustrowany, przewodnik tylko podsycał utajone zainteresowania zjawiskami paranormalnymi. Takimi jak tamta miejska (osiedlowa bardziej) legenda o poltergeiście w starym domu przy Podlesiu, gdzie każdy dzieciak bał się nawet zbliżyć. Te historie to była niesamowita pożywka dla dziecięcego umysłu, a pamiętna wyprawa na odrzykoński zamek była logicznym i nieuniknionym ich skutkiem.

"Ghost of Liberace" dobrze oddaje ducha tamtych odrzykoniowych czasów, tym swoim "skradającym się" motywem klawiszowym, brzmiącym niczym wodewilowa parafraza głównego motywu z Egzorcysty, z wtórującymi mu smykami i parateatralnym refrenem. I mimo, że "Ghost Of Liberace" to nic innego jak opowieść o jednym z największych ekscentryków show-bizu, dla mnie ta melodia pozostanie tłem do moich nastoletnich poszukiwań zjaw i upiorów.



czwartek, 14 października 2010

Przerywnik weekendowy

Wiara, nadzieja, Switchfoot. Z jakże pozytywnym hellohurricane'owym przesłaniem i dawką dobrej energii żegnam się z Wami na parę dni i życzę miłego weekendu.

środa, 13 października 2010

Numer 251 - Kent "Celsius"

40 stopni gorączki rozłoży każdego bachora, ale ja już przy 38 stopniach zamiast być rozkładanym przez chorobę, rozkładałem klocki Lego i urządzałem sobie prywatną wojnę z Imperium w obrębie kołder, poduszek, pierzyn i jaśków - im więcej ich było tym lepiej. Znudziły mi się klocki Lego? Taki problem to nie problem. Zawsze pozostawały bajki Hanna Barbera, wypożyczane na starych, dobrych VHSach z wypożyczalni koło przychodni (no, skubani, jakby sami wiedzieli co dziecku w chwili choroby potrzebne). Nadrabiałem też zaległości w czytaniu Pana Samochodzika i komiksów o Kajko i Kokoszu czy Kaczorze Donaldzie. Do tego herbata z malinami, jakieś soki, owoce, ciasteczka i grubo osolone paluszki, jakich już niestety nie produkują. Ogólnie jako dzieciak dobrze znosiłem chorowanie, jako chłopak nieco już starszy radziłem sobie już gorzej.

"Celsius" - abstrahując od jej właściwego przesłania - kategoryzuję na własny użytek jako taką nieco chorobowo-oniryczną piosenkę, gdy gorączka mnie pali, przed oczami mam mroczki, całe ciało drży, mam problemy z odnalezieniem się w czasie i przestrzeni i powoli odpływam w krainę snu. I wtedy śnię, raz po raz, ten sam sen o wielkich, przygniatających mnie monolitach i budzę się w nocy zlany potem.

Sprawdzam, czoło jest już zimne, a choroba zdaje się powoli ustępować. Patrzę jednak i w ciemności widzę mroczka. Przestraszony nawrotem gorączki sięgam po paracetamol, ale strach po chwili mija, gdy zdaję sobie sprawę, że z tego całego osłabienia zapomniałem wyłączyć tv, w której właśnie leci powtórka "M jak Miłość".



poniedziałek, 11 października 2010

Numer 252 - Southerly "A Course Design"

- Napierdalać! Napierdalać! - ryczy ubrana na czarno sala mało subtelnie wywołując na scenę gwiazdę wieczoru - folk metalowy skład Eluveitie. Wchodzą więc piekielnie ostre riffy, perkusista zapodaje ostry, ocierający się o blackmetal, rytm, ubrana na czarno dziewczyna dołącza się z grą na skrzypcach, druga dzierży w rękach instrument, którego pochodzenia i nazwy mogę się tylko domyślać.

Mój tata stoi jak zaczarowany. To jedna z jego ulubionych kapel i pierwszy od lat koncert. Zrobione kilka chwil wcześniej wspólne zdjęcie z wokalistą tylko dodaje uroku całemu wieczorowi. Mój brat wysyła smsa koledze - chcesz wiedzieć jak wygląda piekło? . Ja z kolei uciekam myślami do innego koncertu. Bydgoszcz, parę lat wcześniej. Lo Fi Festiwal. Chudy koleś w bluzie z kapturem i czapeczce z daszkiem i towarzyszący mu kumpel, o aparycji pokręconego brata panny młodej z Kac Vegas. Dwie gitary. Elektryczna i elektroakustyczna. Zero bitów, zero klawiszy. Z genre folk-metal zostaje tylko przedrostek folk, skromna, wyciszona czterdziestominutowa porcja muzyki. W czasie występu cisza, potem mocne oklaski. Wyraźnie wzruszony bohater wieczoru dziękuje za zaproszenie i da się wyczuć, że to nie tylko kurtuazja.

- Tegernako - wydziera się wokalista Eluveitie i tym samym zapowiada ulubiony utwór taty. Pod sceną kotłuje się tłum, my trochę z tyłu, w bezpiecznej odległości, acz mamy dobry widok. Koncert powoli się kończy. Eluveitie dziękują publiczności i cieszą się, że spodobał jej się ich fucking folk-metal. Ja widząc zadowoloną minę taty, cieszę się jeszcze bardziej.



piątek, 8 października 2010

Numer 253 - Tom Petty "Learning To Fly"

It's the only way I have learned to express myself through other peoples' descriptions of life - przekładając fragment tekstu pewnej piosenki na własne doświadczenia odkrywam, jak wiele - świadomie czy nieświadomie - staram się wyrażać poprzez cudzą muzykę.

Muzyka jest w zasadzie bardzo użytecznym nośnikiem naszych emocji i prościej ją, niż na przykład film czy książkę, "ukraść" i wykorzystać do własnych potrzeb. Nagrywając komuś składankę lub nawet sugerując do przesłuchania jakiś utwór przekazujemy zarazem cząstkę samych siebie. Nie musimy czuć się winni, instytucja kowerowania piosenek jest swoistym potwierdzeniem tej teorii.

Tom Petty zalicza się do artystów, którzy są mi szczególnie bliscy. Nie jestem w stanie tego sensownie wytłumaczyć, facet po prostu nadaje na falach, które do mnie trafiają. Petty w prosty, bezpretensjonalny opowiada swoje historie, nie próbując wchodzić w buty wszechwiedzącego proroka, a jednocześnie często trafiając w sedno sprawy. Dochodzi jeszcze jedno. Petty towarzyszy mi od szczenięcych lat i jest jak stary, dobry kumpel.

Kower Pettyego nigdy mi nie wyszedł. Herosem gitary już chyba nigdy nie zostanę. Stąd też jedna z moich ulubionych jego piosenek trafia na mojego bloga. Poznając ją, w jakimś sensie poznajecie jakiś fragment mnie.



czwartek, 7 października 2010

Numer 254 - Tiamat "Whatever That Hurts"

Rok 2012. Do zamku Lucyfera wpada dwóch Jeźdźców Apokalipsy i od progu drze się - Belzebub!!! dzwoń na 666, nasz Pan właśnie zobaczył fragment koncertu blackmetalowego z okazji zakończenia świata i zadławił się ze śmiechu.

Stwierdzam to z całym bólem, ale pewnej muzyki chyba nigdy nie powinienem był słuchać. Z perspektywy czasu fascynacja Dark Funeral, Limbonic Art, Mayhem czy Dimmu Borgir brzmi w moich uszach jak kiepski dowcip, który sam sobie opowiedziałem. Nawet nie tylko muzyka, ale przede wszystkim ta zamakijażowana otoczka wydaje się po latach czymś jeszcze bardziej żenującym.

Nie znaczy to, że odrzucam całe moje metalowe "dziedzictwo". Przeciwnie, wiele płyt sprzedałem/rozdałem, ale sporo zostało w mojej kolekcji. W tym "Wildhoney" Tiamat. Jedna z najlepszych w tzw. atmosferycznym metalu , jakie powstały w latach 90 ubiegłego wieku i w jakimś, dalekim, sensie metalowa odpowiedź na "The Wall" Pink Floyd.

Patos, nieodłączny składnik dokonań (zwłaszcza) Watersa jak i atmosferycznej odmiany metalu, występuje także w "Whatever That Hurts", ale nie razi i wtapia się zgrabnie w scenerię - smutną, pustynną (vide załączony klip) wypełnioną solidnym, głębokim brzmieniem i orientalizującymi wstawkami, z growlującym, nie przekraczającym jednak granicy żenady, Johanem Edlundem - liderem formacji.

Tamte czasy to nie tylko muzyka, ale i ubiór. Do dziś pamiętam, jak dobra znajoma powiedziała mi wprost - wiesz, dziewczyny w naszej klasie mówią, że byłbyś przystojniejszy, gdybyś tylko nie nosił tej bluzy z laską w wannie pełnej krwi.



poniedziałek, 4 października 2010

Numer 255 - Billy Idol "Cradle of Love"

Skóra. Marzenie każdego chłopaka w okolicach 15 roku życia. Przynajmniej kiedyś. Billy Idol jako wzór dla dzieciarni w tamtych czasach pasował idealnie. Pewny siebie. Drapieżny. Lekko sarkastyczny. I ze skórzaną kurtką.

Moja skórzana kurtka to był początkowo taki pożyczak. Od taty kolegi. Potem została ze mną. Troszkę za duża, ale z dobrej, gładkiej skóry (bez ćwieków i takich tam), elegancka, nie o bazarowym designie, dodawała animuszu i podbudowywała dobre samopoczucie, zwłaszcza w wśród innych oskórowanych nastolatków.

O tym, że Billy Idol to nie tylko skóra (nie wiem jak z fura i komórą) przekonuje "Cradle Of Love" - jeden z najbardziej erotycznych klipów, jaki znam, jednocześnie mile świetlne daleki od wulgarności i przesycony ironią. Sama piosenka wraca do mnie, co jakiś czas i przypomina mi o latach, gdy nosiłem tamtą czarną skórę. Otwieram więc szafę i patrzę na nią, trochę już podniszczoną, przymierzam i co ciekawe - pasuje idealnie. Zakładam więc ciemne okulary i wychodzę na miasto.



sobota, 2 października 2010

Numer 256 - Robyn "Hang With Me"

Będąc czteroletnim chłopcem bałem się zasadniczo czterech rzeczy: momentu przemiany MJ w wilkołaka w teledysku do "Thrillera", starego zegara u rodziny w Koszarawie, zdjęcia mojego wujka, na którym wytrzeszczał oczy i wilka z "Niekończącej się opowieści". Strach związany z tym ostatnim koiła nieco piosenka Limahla, nakładając dźwiękowy plaster na skołatane dziecięce serduszko. Zamykałem oczy i już widziałem siebie pędzącego na perłowo-sierściuchowatym Falkorze.

"Hang With Me" w pewnym stopniu kojarzy mi się właśnie z tamtą piosenką, poprzez swoją ciepłą pulsację, miłe dla ucha syntezatorowe ozdobniki (arppegia powiedziałby fachowiec), szczyptę melancholii i naturalną słodycz. Zamykam oczy i znowu widzę Falkora. Na czas trwania piosenki wszystkie obawy i stres życia codziennego chowają się głęboko pod ziemię.

Mam już 18+ lat i z wiekiem dawne strachy minęły. Z uśmiechem oglądam klip do "Thrillera", wilk z "Niekończącej się Opowieści" jest niczym potulny baranek przy psie moich rodziców, a zegar i tak już nie działa. Tylko nadal, jak pomyślę o tamtym zdjęciu wujka sprzed lat, to mam ciarki. Niech lepiej pozostanie ono głęboko w szufladzie.



środa, 29 września 2010

Numer 257 - Cocteau Twins "Fotzepolitic"

Jesień przyszła tak jak zawsze we wrześniu i w tym jakże banalnym stwierdzeniu kryje się także równie banalna, acz okrutna prawda - lato 2010 odeszło do historii. Wieczory, gdy łaskotani ciepłymi promieniami zachodzącego gdzieś o 22:00 słońca mogliśmy bez obaw jeść z A. kolację na balkonie i delektować się winem minęły, przynajmniej do następnego lata.

"Fotzepolitic" pomaga mi utrwalić te chwile i zatrzymać uciekające za horyzont lato, wrócić myślami parę tygodni wstecz, odciąć się od pojawiających się już tu i ówdzie promocji przedświątecznych i odgonić nieuchronną katastrofę wyrażoną w kilku prostych słowach: "zima znowu zaskoczyła drogowców". Rozmarzony głos Elisabeth Fraser, rozmyte brzmienie gitar, miarowo nabijany rytm to wszystko, czego potrzebuję i wręcz namacalnie czuję tamte wakacyjne ciepło, że aż prawie mnie parzy. A nie, to tylko kaloryfery włączyli.



wtorek, 28 września 2010

Numer 258 - Marit Bergman "Tomorrow is Today"

Czasami chciałbym, żeby jutro było już dziś. Jak wtedy, gdy czekałem na upragniony urlop w Meksyku i ostatnie godziny w pracy ciągnęły się w nieskończoność. Albo tuż przed wyjazdem na półroczne stypendium, gdy przebierałem nogami i nie mogłem spać, myśląc, jak tam będzie, czy wszystko spakowałem i czy prom się nie opóźni. Ale też wtedy, gdy ważyła się moja studencka (lub niestudencka) przyszłość i stres mnie pożerał w obawie przed efektami zdawanego właśnie egzaminu wstępnego na UJ.

Marit Bergman - tak na mój gust - śpiewa zarówno o napięciu związanym z bliskim nadejściem momentu, na który tak bardzo czekaliśmy, jak i o uczuciu radości towarzyszącej jego nadejściu. Podkreśla to zwłaszcza tą niecierpliwą, nerwową partią pianina i dźwiękową eksplozją tuż pod koniec pierwszej zwrotki i słuchając "Tomorrow is today" cieszymy się razem z nią. Ona prawdopodobnie nie stresowała się wynikami kolokwium. Nie oczekiwała z utęsknieniem wyjazdu egzotycznego. Miała zgoła inną motywację.

Chyba podobną jak moja. Bo właśnie teraz chciałbym, żeby jutro było już dziś.



poniedziałek, 27 września 2010

Numer 259 - Junior Boys "FM"

Idąc w kierunku wyjścia czuję jak podeszwy butów lepią się do podłogi, ostatni rzut oka na bar, gdzie jakaś zagubiona dusza próbuje usnąć na kontuarze. Wkładam do uszu słuchawki, wciskam play. Potem otwieram drzwi. Uderza mnie ostry podmuch zimnego wiatru, na zewnątrz jest pusto i głucho. Szum tej części miasta, który kojarzę z codziennych dojazdów do pracy, o tej porze jest schowany w knajpach, domach, klubach i salach koncertowych. Błąd. O tej porze on po prostu nie istnieje. Kieruję się w prawo, po około dziesięciu minutach mijam po lewej kościół Mariacki, dalej jakiś, o dziwo czynny, kebab. Dochodzę do miejsca dumnie określanego mianem Rynku. Pusto, nie ma ani kwiaciarek, ani tramwajów przecinających to miejsce kilkanaście godzin na dobę. W oddali widać oświetloną na żółto kopułę Spodka.

Kieruję się w stronę dworca, który jest prawdopodobniej najbrzydszym dworcem świata, ale żywię do niego wyraźny sentyment. Po prawej żaba w fontannie, miejsce spotkań i kiedyś punkt płukania strzykawek okolicznych ćpunów. Skręcam w prawo, mijam Żabę i idę prosto przed siebie. Siadam na ławce. Za szybą oświetlone półki wypełnione po brzegi perfumami dla niej i dla niego. Pamiętam, jak przy stoliku pedicurzystki jeden ze sprzedawców wyciskał sobie pryszcze nie dostrzegając przy tym, że w tej niesmacznej sytuacji widzą go wszyscy czekający na autobus ludzie. Dochodzi 5:24, powoli robi się jasno, podjeżdża pierwszy tego dnia autobus. Wsiadam i od razu zasypiam.



środa, 22 września 2010

Numer 260 - Band Of Horses "Is There A Ghost"

Podobno człowiek przesypia jedną trzecią swojego życia. Snu nigdy dość i z reguły pragniemy go najbardziej wtedy, gdy nie możemy sobie na niego pozwolić: zwłaszcza rano, gdy trzeba wstać do pracy, na uczelnię, do szkoły lub wyprowadzić psa, który maślanymi oczami wpatruje się w nas zakopanych pod kołdrą lub - co gorsza - swoimi pazurkami próbuje wydrapać nam własne, byle wyjść na upragnione poranne siku.

Inna sprawa to miejsca, gdzie się można utulić się do snu. Bo spać się da praktycznie wszędzie. Mnie, poza rozmaitymi łóżkami, zdarzyło się usnąć na plaży, w kinie, w pociągu (standard i banał, prawie jak łóżko), raz w wannie oraz w samolocie i w autokarze (oba to najgorsze możliwe sposoby na spanie, bóle karku i drętwota nóg gwarantowane). W sumie nic nadzwyczajnego, biorąc pod uwagę, że znam osobę, która podobno spała na własnej wycieraczce.

Czasem też, ku pewnemu zaskoczeniu, potrafię obudzić się w środku nocy, zerkając na zegarek z obawą, czy to przypadkiem nie godzina diabła (która, zgadnijcie?) i próbując znów jak najszybciej zasnąć, chowając się głęboko pod kołdrę. I zapalając czasem lampkę nocną. Tak na wszelki wypadek.



poniedziałek, 20 września 2010

Numer 261 - Theatre Of Tragedy "Aoede"

Napinam cięciwę łuku, ostra strzała gładkim ślizgiem pruje powietrze i przeszywa na wylot korpus obleśnego orka. Kątem oka widzę kolegę z teamu, kransoluda, dobijającego ogromnym toporem jakiegoś minibazyliszka, za mną słyszę krzyk konającego rycerza. Wokół mnie zaczyna unosić się potworny smród siarki, trzymam miecz w pogotowiu wiedząc, że za chwilę nastąpi to, czego obawialiśmy się od samego początku. Odgrodzeni od wylotu jaskini stadem nadciągających zastępów trolli, możemy przeć tylko do przodu.

- Jarek, wyproś kolegów do domu, już dziesiąta! - słychać krzyk mamy kolegi. Minęło około 11 godzin odkąd zaczęliśmy grać. RPG, Role Playing Games - pochłaniacze czasu i bilety do krainy fantazji, której granice stanowiła jedynie nasza wyobraźnia. Jest nas chyba siedmiu, jesteśmy w pierwszej klasie liceum, a gry fabularne to nasza najświeższa fascynacja. - Jeszcze chwila mamo - odkrzykuje Jarek.

- Na włócznię Odyna! - drze się mój towarzysz podróży i rusza przed siebie. Po chwili olbrzymia siła rzuca go na ścianę. Próbuję chwycić za miecz, ale nie upływa sekunda, a los kompana staje się moim udziałem. Gdy oszołomiony, leżąc pod wyłomem skalnym próbuję wstać, niewidzialna postać podnosi mnie na wysokość dwóch metrów i rozrywa na strzępy. Moja ostatnia myśl ucieka do banalnego powodu wejścia do tej cholernej jaskini. My chcieliśmy się tylko w spokoju wysikać.



piątek, 17 września 2010

Numer 262 - Foo Fighters "My Hero"

Kurt Cobain popełnił samobójstwo, Nirvana przestała istnieć z dnia na dzień, a ja nieświadom tego wszystkiego szykowałem się do transferu z drugiej do pierwszej ligi - liceum. W międzyczasie Dave Grohl - bębniarz Nirvany, jakby ktoś właśnie się urodził i nie wiedział - szykował załogę do swojej nowej kapeli - Foo Fighters.

Nadszedł czas na self-titled debiut grupy, a ja siedziałem już jak na rozżarzonych węgielkach, bo godzina transferu była coraz bliższa. Zaczęło się liceum i na powitanie zrobiono imprezę dla kotów, gdzie musieliśmy jeść jakieś badziewia i robić rzeczy, o których każdy wstydzi się dziś mówić. Ja i kumpel wystartowaliśmy nawet w jakimś konkursie i wykonaliśmy jakiś discopolo - gaz, do dechy gaz, chyba to leciało - przebój z playbacku i w pełnym rynsztunku, keyboard, chusty na głowę, piszczące z boku groupie, wiadomo, grubo i na bogato. No, ale dobra, przyszedł też czas dyskotek szkolnych, gdzie wielbiciele techno i rocka musieli siłą rzeczy się zetrzeć w starciu o to, czyja piosenka leci teraz. DJów było za zwyczaj dwóch, żeby pogodzić zwaśnione nacje i jakoś to się udawało zgrać, więc obyło się bez bicia ryjków i wdeptywania w podłogę.

"The Colour and The Shape", drugi z kolei album Foo Fighters, przemówił do mojego młodego ducha od pierwszych sekund i takie tam pierdolenie za przeproszeniem, że to mainstreamowe, że to że tamto, nigdy do mnie nie docierało i nie dotrze. "The Colour and the Shape" było i jest dobrym albumem, basta. Na dyskotece puszczałem "Monkey Wrench", ale "My Hero" to mój faworyt, z ciętym riffem gitary, z takim podskórnym niepokojem schowanym w timbre Grohla. Fu zaczęli mnie potem już mniej obchodzić, ale miło się wraca do właśnie tego albumu, gdy wspomnienia wędrują do czasów tamtych techno-rockowych dyskotek i tamtego discopolowego gig'u, gdy z bandaną na głowie i w rozpiętej na kilka guzików kolorowej koszuli i keyboardem na wyposażeniu zrobiłem ślizg na kolanach przez spory kawał szkolnego korytarza. Co przypłaciłem solidnymi obtarciami, ale także uwielbieniem publiczności. Czego się nie robi dla kilku minut sławy.



czwartek, 16 września 2010

Numer 263 - House Of Love "I Don't Know Why I Love You"

- Pokazywałem Ci już to? - pytanie to już nie raz budziło grozę i niepokój wśród moich znajomych. Jak tu kulturalnie wymknąć się do domu, gdy nie wypada przecież odmówić odsłuchania fragmentu kolejnego utworu, bądź obejrzenia kolejnego filmiku na youtube. - Ach, stare dobre czasy, gdy nie było jeszcze youtube - myśli pewnie teraz wielu z nich.

Przyznaję się bez bicia. Lubię dzielić się muzyką. Nie potrafię zachować dla siebie tego, co mnie nakręci, wciągnie, porwie i wygeneruje gęsią skórkę. Nie mogę, no nie da się i już. Kiedyś w trakcie jednego z takich "pokazów" kolega usnął, co powinno być dla mnie wystarczającą rekomendacją do zaprzestania mojego niecnego procederu. Ale zawsze pozostaje nagrywanie składanek trafiających z moich rąk do rąk kilkudziesięciu pewnie osób, które miały przyjemność (lub jej brak) mnie zapoznać. Na swoją obronę mam to, że mój brat ma podobnie. Może to siedzi w genach.

A tak przy okazji, pokazywałem Wam już to?



środa, 15 września 2010

Numer 264 - One Night Only "Say You Don't Want It"

W życiu piękne są tylko chwile - śpiewał Ryszard Riedel, ale wszystko rozbija się zasadniczo o to, co dla kogo oznacza piękna chwila. Dla jednych takim momentem będzie wygrana w lotka, gdy w głowie już buzuje kalkulator, przeliczający wygraną na mieszkania, samochody, ciuchy, sprzęt AGD i wycieczki do Egiptu. Dla innych narodziny dziecka, pierwszy pocałunek tuż po zaręczynach, ewentualnie oszczenienie ich ulubionej suczki. Jeszcze inni docenią zachód słońca nad oceanem, łyk wody ze źródła po męczącym górskim marszu, radość z ukończenia maratonu, gdy nie dawaliśmy sobie żadnych szans, wypicie piwa z rodzeństwem po długiej rozłące, uścisk dłoni prezesa w pracy albo wydanie nowej płyty ulubionego wykonawcy.

U mnie takim momentem był ostatni piątek, godzina 16:40, gdy utknęliśmy w korku przed rondem Ofiar Katynia, z rozkopaną IKEĄ po boku, z burakami wpychającymi się na chama w wąski przesmyk i mozolne, metr za metrem, przemieszczanie się w kierunku autostrady A4 i dalej do małego domku letniskowego w Przeczycach, gdzie czekał nas jeden z najfajniejszych weekendów ostatnich lat. W radio leciało One Night Only i ten ich gitarowo-syntezatorowy kawałek już po wsze czasy będzie mi się z tym właśnie dniem kojarzył. To stanie w korku to banalna i wydawało by się nawet irytująca rzecz (come on, komu sprawia przyjemność utknięcie w kilometrowym wężu samochodów), ale obudziła jakieś, mimo wszystko, pozytywne emocje. Stare przysłowie ludowe mówi, że radość tkwi w właśnie szczegółach.



niedziela, 5 września 2010

Numer 265 - Elvis Costello "Couldn't Call It Expected No.4"

Większości Elvis Costello może kojarzyć się z "She", z filmu "Nothing Hill" (mimo, że gwoli prawdy to kower, a nie jego autorska piosenka), w kręgach niezależnych prym wiedzie "Alison". Mnie najbardziej utkwiła jednak w pamięci "Couldn't Call It Unexpected", w jakimś stopniu będąca efektem ciągot artysty w kierunku muzyki klasycznej. Costello to dla mnie przede wszystkim niesamowity głos, bardzo silny, bardzo charakterystyczny i pasujący praktycznie do każdej odmiany muzyki, jaką uprawiał. Costello z "Couldn't Call..." to także Costello elegancki, liryczny, potwierdzający swoją klasę nie tylko muzyką, ale i wybitnym tekstem, który tworzy jakość samą w sobie. To jedna z tych piosenek, gdzie smutek łączy się z pięknem i ani przez chwilę nie doświadczamy uczucia obciachu. Łez deszczu, skrzydeł anioła i czerwonych róż należy szukać gdzie indziej.



sobota, 4 września 2010

Numer 266 - Nirvana "Territorial Pissings"

Przykro mi, nigdy nie załapałem się na cały ten szał wokół Nirvany, nie pachniałem jak Teen Spirit i nigdy nie nosiłem koszulki z Kurtem. Nawet zapytany kiedyś w podstawówce przez koleżankę o najlepszy album grupy, nie chcąc wyjść na ignoranta, a nie mogąc sobie przypomnieć nazwy ich magnum opus (co już poświadczyło o mojej ignorancji, ale ciii), rzuciłem od niechcenia "Incesticide", który de facto zawierał odrzuty z sesji, dema i kowery i do miana regularnego albumu pretendować nie mógł.

"Territorial Pissings" to wyjątek. Nie zrozumcie mnie źle, doceniam znaczenie "Nevermind", nawet lubię "In Bloom", ale to "Territorial Pissings" pozostaje moim highlightem tej płyty. Szybki, ostry, punkowy numer, tyle, że czuć w nim całą wielkość Kurta i to jest to, co go wyróżnia z całego szeregu "szybkich, ostrych, punkowych numerów". Uwielbiam go za ten ostry riff, szaleńczo szybką perkusję Grohla, to rozjechane, jakby ocierające się o brzmienie syntezatora przejście gitary między refrenem a drugą zwrotką. A śpiew przechodzący w zdesperowany krzyk pod koniec kawałka to już mistrzostwo świata.



Numer 267 - The Used "Light With A Sharpened Edge"

Krótko, acz treściwie, mam nadzieję, będzie tym razem. The Used już byli, ale "Light With a Sharpened Edge" to inne miejsca i inny kontekst, więc nic nie stoi na przeszkodzi, by wspomnieć ich raz jeszcze.

Wspomnienie pierwsze: zasuwanie piechotą do Radia X FM, by próbować swoich sił w newsroomie. Droga wygląda mniej więcej tak: z akademika Żaczek do ulicy Reymonta, mijając po drodze AP, potem wzdłuż Reymonta koło Nawojki (swego czasu obiady za 5zł i dyskusje o kolokwiach z gramatyki opisowej języka szwedzkiego), potem dalej jakieś 5, 10 minut na autonogach tuż obok AGH (Wydział Metalurgii i Odlewnictwa bodajże?), dalej skręt w prawo na wysokości Klubu Studio (udany koncert Kosheen z szałem na wysokości "Catch me"), dalej lewo, prosto i puk puk do drzwi.

Wspomnienie drugie: kompletnie niezaplanowany urlop i spontaniczna wycieczka do Ojcowa z Maćkiem i Basią, niesamowity chleb z domowego wypieku przy drodze, domowej roboty smalec, kiełbasa i ogórki, dom z młynem, w którym się zakwaterowaliśmy, wypita butelka tequili, strona z worda zapisana spontanicznie pod wpływem tejże tequili, błoto, złota polska jesień, dyskusje o życiu i rękawiczki z płatkami śniegu (męskie rękawiczki! czego to ludzie nie wymyślą).



Tyle, miłego weekendu.

środa, 1 września 2010

Numer 268 - The Car is On Fire "Neyorkewr"

Każdy, kto choć trochę orientuje się w niuansach języka czeskiego może wyobrazić sobie minę rodziców mojej znajomej, gdy nieświadom konsekwencji błądząc po ich domu w Pradze zapytałem "przepraszam, szukam Lucie". Nazwanie tego zmieszaniem byłoby eufemizmem.

W piosence The Car is Of Fire mamy Nowy York, a jak Nowy York to wiadomo - zasadniczo język angielski. Polacy mają przerąbane. Nauczyć się tego języka można, a i nawet trzeba, żeby potem wiedzieć, że Mind the Gap nie jest reklamą firmy odzieżowej. Problem zaczyna się niekoniecznie w momencie, gdy coś mówimy, ale jak to mówimy. Słowiański akcent wychodzi z większości nas po ułamku sekundy, a twardo akcentowane "gud morning, maj nejm is Krzysztof" będzie bolało jak wypalony na tyłku krowy stempel, nawet jeśli Krzysztof zmienimy na bardziej ichniejsze Chris. Tu zaczyna się także problem ogromnej puli polskich artystów, których w wersji anglo nie da się słuchać, mimo, że w wersji polo brzmieli naprawdę świetnie. Z zasady można by ich podzielić na tych, których słuchanie po angielsku przyprawia o odruch wymiotny oraz tych, których przyswoić się jakoś da, mimo paskudnie brzmiącego w naszych małżowinach usznych akcentu (spoko, Niemcy też nie mają lepiej, o Hindusach nie wspominając). Są też wyjątki, ale nieliczne i potwierdzają regułę.

TCIOF mieszczą się jakoś tak między grupą drugą, a trzecią. Uszy nie bolą, ale coś tam jednak obcego w akcencie czuć. Chłopaki nadrabiają za to świetnie zaaranżowanym kawałkiem, którego nie obawiałbym się puścić kolegom i koleżankom z Zachodu. Nawet tym z Nowego Yorku.

Ostatnio na wakacjach zostałem bez problemu rozpoznany przez handlarza biżuterią, jako Polak. Nie zdążyłem się odezwać, więc głowiłem się pół nocy, po czym mnie rozpoznał. Dotarło do mnie po paru godzinach. Zdradziły mnie klapki Kubota, z dopasowanymi szarymi, frotowymi skarpetkami.