piątek, 22 października 2010

Numer 248 - Caifanes "Viento"

Dywersyfikacja środków pieniężnych to podstawa. Kierując się tą złotą maksymą zdywersyfikowałem środki lokując część dolarów USA w portfelu, a 100 wkładając - do tej pory nie wiem czemu to zrobiłem - do paszportu. Parę godzin później przekonałem się, że ta dywersyfikacja to bujda.

Stoimy przy kontroli bezpieczeństwa na lotnisku w Mexico City, za 20 minut mamy lot do Guadalajary - stolicy tequilli i mariachi. Jakiś wojskowy prosi nas o wizę turystyczną, ale my jak na złość zostawiliśmy te świstki w domu u znajomej Meksykanki. Zabierają nam paszporty, w tym mój i znikają w biurze, wykonują jakieś telefony. Po chwili wychodzą. - Wszystko w porządku, gracias - i w ostatniej chwili wsiadamy do samolotu.

Niczym Donald Słońce Peru Tusk odbyłem swoją podróż życia. Do Meksyku. Piękny kraj. Truizm. Ale to naprawdę piękny kraj i chyba jedyny, w którym mógłbym zamieszkać na emeryturze. Tania i pyszna tequilla, rewelacyjna czarna fasola i pikantne tamales, maraton Pumaton z finiszem na Stadionie Azteków, w którym mieliśmy zaszczyt brać udział, szalona halloweenowa noc na ulicach Mexico City, wreszcie bardzo serdeczni i pomocni ludzie. I muzyka. Nieistniejący już Caifanes był swego czasu gwiazdą wielkiego meksykańskiego formatu i żal, że nie słychać o nich głośniej w Europie. Połączyli meksykańską tradycję z brzmieniem brytyjskiej nowej fali i nagrywali kawałki, które postawiłbym w jednym rzędzie z takim "Pictures of You" The Cure czy "I Don't Know Why I Love You" House Of Love. "Viento" to mój ulubiony, w którym każdy element jest na swoim miejscu i tworzy wyśmienitą całość - genialny motyw gitarowy, tłusty bas, mocny rytm i hiszpańskojęzyczny wokal (jeszcze jeden wyróżnik zespołu). Włączając tą muzykę nie potrafię nie przenieść się kilka lat wstecz, gdy na własną rękę, acz z pomocą dwojga przyjaciół, odkrywałem środkowy Meksyk.

Dolatujemy do Guadalajary. Szukamy jakiegoś hotelu, taksówkarz pyta nas skąd jesteśmy. - Polonia?! - i w tym momencie cena za kurs spada o 50%. Dojeżdzamy na miejsce. Przy płaceniu za nocleg (w przeliczeniu 50zł za osobę za noc w apartamencie w centrum miasta) nie mogę doszukać się stu dolarów. Nagle zdaję sobie sprawę czemu tak szybko nas puścili w Mexico City. Chyba niechcący dałem łapówkę.



1 komentarz:

brzydkieslowonaf pisze...

Zacne i ma swój urok, rzeczywiście szkoda, że nieznani. Ale to już wina naszej amerykofilii.