“Beyonce, I’m really happy for you. I’ll let you finish, but Taylor had one of the best videos of all time! One of the best videos of all time!”
Amerykańska gwiazda muzyki pop-country postanawia zostać amerykańską Ewą Farną, tyle, że nie jeżdżącą po pijaku i po udanym liftingu odsysającym nieco countrowy tłuszcz z popowego ciała wypuszcza klip, w którym z tak trudnym tematem jak zerwanie z chłopakiem radzi sobie na wyjątkowym luzie i z dużą dozą pozytywnych wibracji. Historia stara jak świat, ale za obejrzeniem tego wideo przemawia zdecydowanie:
A. Bujająca kobieta-wiewiórka (tak od 45 sekundy)
B. 1 minuta 55 sekunda - kobieta wiewiórka w tle skandująca "yeah"
Jeśli to kogoś nie przekonało to polecam przeskoczyć do 2 minuty i 36 sekundy i dać się ponieść urokowi kobiety-wiewiórki uprawiającej wiewiórcze pogo na kanapie.
piątek, 16 listopada 2012
Przerywnik weekendowy - Taylor Swift "We Are Never Ever Getting Back Together"
niedziela, 11 listopada 2012
Numer 133 - Pink Floyd "Goodbye Blue Sky"
Do wcale niemałej plejady rzeczy, które w okresie dziecięcym nieco mnie przerażały zaliczał się - i nawet zajmował miejsce w czołówce - pewien drewniany zegar półkowy stojącym w centralnym miejscu w pokoju gościnnym u wujka mojej babci. Nie było siły, za każdym razem, gdy tam nocowaliśmy zegar musiał być chowany na strychu, a i tak przez ściany słyszałem głuche odgłosy jego bicia i nie mogłem spać, a nawet gdy już zasypiałem, nie spałem bynajmniej spokojnie. Porównywalne z tamtym zegarem koszmary wywoływał tylko Pink Floyd.
Chodzi oczywiście o The Wall - możliwie, że najbardziej ponury ze wszystkich albumów zespołu i towarzyszący mu film. Rzecz jasna, jako dziecku nie wolno mi było oglądać tego oficjalnie (system zakazów obejmował też Freddyego Krugera i parę innych filmów), ale traf chciał, że coś tam uszczknąłem przypadkiem, gdy tata oglądał "The Wall" z kolegą.
Zapamiętałem dwie sceny - tę z nauczycielem, gdy temu żona karze zjeść chrząstkę, i nieco późniejszą, animowaną, z latającym ptakiem wyrywającym ziemię z krwią, latającymi krzyżami i trupami żołnierzy. I właśnie ta druga zafundowała mi parę bezsennych nocy, jednocześnie skutecznie zasiewając strach przed potencjalnie mocno traumatycznym odsłuchem samego albumu. "The Wall" omijałem z daleka.
W naturze człowieka może i nie zawsze leży dzielne mierzenie się z własnymi strachami, ale w końcu ten moment przełamania nastąpił - może to zaciekawienie przeważyło? - i podobnie jak w końcu zacząłem oglądać "Thrillera" Michaela Jacksona, przed którym swego czasu uciekałem do kuchni, ilekroć pojawiał się w telewizji, stawiłem czoła i "Goodbye Blue Sky", który od tamtego momentu stał się już nie tyle przerażający, co przerażająco smutny.
Natomiast tamtego starego zegara unikam do dziś.
niedziela, 28 października 2012
Numer 134 - Sheryl Crow "On The Outside"
Nawet jeśli cała idea ścieżek dźwiękowych do filmu zawierających piosenki niby nim inspirowane, acz z rzadka występujące w danym obrazie jest mocno naciągana, to nie da się ukryć, że dawało się tam utrafiać prawdziwe perełki. Kiedyś miało to jednak swoją cenę.
W pre-internetowych czasach nie było zmiłuj, chciałeś mieć jeden kawałek, płaciłeś za cały album. Tym oto sposobem w 1997 roku stałem się uboższy o 49.90zł kupując soundtrack do "Krzyku 2", tylko po to by uzupełnić zgromadzoną dyskografię Everclear o utwór "Swing". Na podobnych zasadach kupiłem soundtrack do "Permanent Midnight" - filmu, którego do dziś nie oglądałem, ale który dał światu jedną z najlepszych kompozycji Arta Alexakisa.
"Songs in the key of X" nabyłem tylko i wyłącznie w wyniku fascynacji serialem Archiwum X, więc nie była to stricte muzycznie umotywowana transakcja. I oczywiście, w pierwszych paru dniach odsłuchów rzadko wychodziłem poza indeks numer 1 - klasyczny motyw z serialu. Potem jednak posłuchałem dalej i natrafiłem na Sheryl Crow. I okazało się, że "On the Outside" jest nie tylko ciekawe, ale autentycznie pasuje do otoczki serialu, nie sprawia wrażenia wyrwanego z kontekstu, co mogłoby mieć miejsce, gdyby trafił tu taki "All I Wanna Do", o późniejszym "Soak Up the Sun" nie wspominając. To był chyba jeden jedyny raz, kiedy Crow mnie zaciekawiła.
Lata mijały, kaseta się zdarła, producenci serialu zdołali zgorszyć publikę redukując rolę Muldera i wrzucając nijakiego agenta Doggeta oraz fundując im bezsensowne zakończenie w sezonie 9. Sentyment pozostał, kupiłem więc na allegro ten sam soundtrack w wersji cd, mimo, że w wersji mp3 był już od dawna dostępny i urządziłem maraton paru pierwszych sezonów, celowo pomijając odcinki o spiskach rządowych i obcych, których nigdy nie byłem fanem. Bo o ile serialowa teoria o UFO nadal wydaje mi się nieco naiwna, to od czasu odcinka o człowieku-potworze z kanałów, stałem się nieco ostrożniejszy przy korzystaniu z publicznych toalet.
.
poniedziałek, 22 października 2012
Numer 135 - ...Trail Of Dead "Worlds Apart"
Moja żona - jak chyba każda kobieta - w czasie ciąży miała smaki, miałem więc smaki i ja, co skończyło się dla mnie na +10 do pulchności i teraz nie tylko mógłbym podkładać głosy niedźwiedzi w bajkach, ale nawet je grać. Mea pulpa. A to tylko mały kamyczek do ogródka z tak zwanym weltszmercem.
Weltszmerc to stan niby pokrewny różnym depresjom. Łapiesz go właściwie bez większego powodu i nie do końca ma to jakieś sensowne podstawy. Właściwie nie ma żadnych, życie jest w końcu fajne, a wiele osób ma gorzej i nie narzeka jak ty. Ale de facto nie chodzi o przyczyny stricte materialne, a duchowe - starzy znajomi się oddalają (w sensie dosłownym, emigracja robi swoje), twoja znajomość języka jest nadal gorsza niż tubylca i co bardziej gorsza - gorsza pozostanie. Zapomniałeś odmrozić kurczaka i teraz masz zamiast obiadu kostkę lodu, która zalewana ciepłą wodą próbuje odtajać i wkurwia cię myśl, że parę miesięcy temu twój kumpel nie przyszedł na twój kawalerski. I powiedziałbyś mu "hey, fuck you, man", ale nie odbiera telefonu. Nadal nie zrozumiała(e)ś idei weltszmercu? To nic innego jak wszystkie poniedziałki każdego tygodnia, każdego roku twojego życia zebrane w jedno i uderzające z całą mocą swojej poniedziałkowej beznadziejności.
Świat się kończy, a tobie pozostaje słuchanie tylko gorzkiej do cna muzyki i zrobienie sobie herbaty z konfiturami. Ale luz, wiesz już, że nie tylko Obama ma słabsze dni. A poza tym, jutro jest wtorek.
niedziela, 7 października 2012
Numer 136 - TV on the Radio "Dreams"
2004 to zaledwie 8 lat różnicy od obecnego roku, ale w sferze odbioru muzyki mówimy już o epoce dinozaurowej. W pamiętnym roku 2004 nadal mozolnie przegrywałem muzykę (także z mp3) na kasety i dawało to mi niekłamaną satysfakcję oraz wymagało pewnej dyscypliny.
Stworzenie sensownej składanki na podróż (a nie wyobrażałem sobie podróżowania bez muzyki) zajmowało dokładnie tyle czasu, ile miała ona trwać, a każdy błąd kosztował powtarzanie nagrywania od początku utworu, było jak z saperem, mogłeś pomylić się tylko raz. Miałem już jakiś przenośny odtwarzacz cd, ale każdy kto miał z nimi styczność wiedział jak potrafiły reagować na wstrząsy. Były rzecz jasna te systemy antywstrząsowe, ale mówimy tu o polskich drogach. One potrafiły poradzić sobie z każdym systemem. Kasetowe odtwarzacze były drogoodporne.
Pisałem już kiedyś o satysfakcji z odgrzebywania starych składanek, czy to cd czy kasetowych. Tych kasetowych nie mam już praktycznie na czym odtwarzać - będę musiał chyba zaopatrzyć się w coś na allegro. Z mp3 jest niby o wiele lepiej - miałem Ipoda (uprał się), mam kolejny odtwarzacz Sony i smartfona, ale jakoś nie wyobrażam sobie bym za kolejne 8 lat odczuł podobną radość ze znalezienia starej mp3, jak z wyszperania starej kasety. Muzyka to jednak byt bardziej wirtualny niż rzeczywisty i czy braku fizycznego nośnika będzie komuś kiedyś żal? Mnie chyba tak.
"Dreams" Tv On The Radio to fragment jednej z ostatnich takich kasetowych składanek. Nagranej jako podkład do podróży autokarem do Hannoveru, notabene, to była chyba jedna z moich ostatnich autobusowych wypraw długodystansowych, potem ten środek komunikacji został zastąpiony przez samoloty i pociągi. Minorowe "Dreams" zamknęło mimowolnie jakiś etap. All your dreams are over now? W kwestii nagrywania kasetowych składanek chyba tak.
niedziela, 23 września 2012
Numer 137 - Pixies "Monkey Gone To Heaven"
sobota, 15 września 2012
Numer 138 - Europe "Final Countdown"
sobota, 1 września 2012
Numer 139 - Per Gessle "Gå och fiska"
środa, 15 sierpnia 2012
Numer 140 - Pulp "Common People"
poniedziałek, 23 lipca 2012
Numer 141 - Christie "Yellow River"
sobota, 21 lipca 2012
Numer 142 - I Break Horses "Winter Beats"
piątek, 20 lipca 2012
Koniec przerywnika
wtorek, 5 czerwca 2012
Przerywnik poślubny
poniedziałek, 28 maja 2012
Numer 143 - Kaliber 44 "Bierz mój miecz i masz"
sobota, 12 maja 2012
Numer 144 - Kombi "Za Ciosem Cios"
poniedziałek, 7 maja 2012
Numer 145 - Green Day "Emenius Sleepus"
niedziela, 29 kwietnia 2012
Numer 146 - The Drums "I Felt Stupid"
Co noc śnią mi się takie scenariusze. Powiedzmy sobie szczerze, stres pracy kontrolera lotów to, w porównaniu do stresu przy organizacji wesela, małe miki. Początki nie zwiastowały żadnych skomplikowanych do podjęcia decyzji, ale właśnie jesteśmy na ostatniej prostej, a ja nie mam krawata, bo nie mogę zdecydować się na kolor.
U jubilera było prosto: obrączki? ta i tamta - mówię. Pani uparcie pokazuje inne modele, ale czuję, że w tych bardziej fikuśnych i ozdobionych jakimiś kamykami wyglądałbym jak cygański król. Dla siebie biorę prostą, z żółtego złota. A. będzie miała z kamyczkiem. Załatwione. No, ale jeszcze spinki i biżuteria. Potem garnitur, koszule, buty. W ramach odstresowania idziemy na "American Pie. Reunion" i to jest chyba pierwsza chwila od dłuższego czasu, kiedy z niemałą ulgą mogę przełączyć mózg w tryb offline.
Przedtem i potem spotkania - ksiądz i nauki przedmałżeńskie, organizatorka wesela, DJ i florystka, pani od ciast i tortów i tak dalej. DJ przestawił długą listę piosenek, które planuje zagrać i ogólne zasady zabawy. A. przedstawiła krótką listę piosenek, których nie mu grać nie wolno. Do "Black & White" Kombi sobie nie zatańczę. U florystki mogłem tylko potakiwać, bo A. miała już wizję, a ja wolę mieć asa w kieszeni na dyskusje na temat menu weselnego. Pogodziłem się już z faktem, że świnek barmanek z tackami na grzbiecie i muchami na szyi nie będzie, ale wyjdę na swoje. Oczywiście to nie koniec, bo trzeba jeszcze wynająć samochód (retro), kupić sukienkę Zuzi, ustalić przebieg imprezy ze świadkami, dokończyć prezentację weselną dla gości (w formie animacji poklatkowej, w weekendy nad tym siedzę).
Gdy już to wszystko minie i zacznie się nietypowa podróż poślubna z naszym małym łobuzem, wolni od zmartwień i trosk wbiegniemy do morza, a potem będziemy tańczyć na plaży, celebrować rozpoczęcie wakacji i śmiać się z tych wszystkich głupot, które teraz urastają do rangi problemów globalnych. A "I Felt Stupid" będzie nam grało na repeacie do białego rana.
wtorek, 3 kwietnia 2012
Numer 147 - Chemical Brothers "Let Forever Be"

Około 1200 kilometrów do przejechania. Na zmianę z moją dziewczyną, córka za mała - jeszcze nie prowadzi. Oczywiście takie wyjazdy to odwieczny problem - co ma grać. Prawda o moich i A. gustach jest brutalna - są skrajnie odmienne. Ona nie zrozumie mojego podniecenia kwietniowym koncertem Motion City Soundtrack w Zurichu, ja z lekkim dystansem podchodzę do jej latynoskich zapędów. Niełatwo wypracować kompromis. Da się niby ustalać - jeden kawałek twój, jeden mój, ale fajnie jest jednak znaleźć coś naprawdę wspólnego. Trochę więc poszperaliśmy w pamięci, pogłówkowaliśmy. No i jest. Piosenka, która niemal nie skończyła jako podkład do naszego filmu weselnego, a była też w pierwszej piątce do ścieżki dźwiękowej pierwszego tańca. Potem doszliśmy do wniosku, że teksty o "sitting in the gutter" mogą być odebrane opacznie i zdecydowaliśmy się na balladę Stachurskyego. Żartowałem.
Do usłyszenia jakoś po 16 kwietnia. Każdy ma prawo do urlopu. Mam i ja.
piątek, 23 marca 2012
Numer 148 - Placebo "Pure Morning"

Pojęcie one hit wonder jest zasadniczo zarezerwowane dla artystów, którzy zabłysnęli jedną piosenką, by potem pogrążyć się w odmętach zapomnienia, próbując, przeważnie bez większego powodzenia, powtórzyć sukces z przeszłości. Ich płyty zalegają półki z przecenami, jeśli już ktoś je tam litościwie rzuci. Bo z reguły jednak nadal coś tam nagrywają, choć ich przekaz dociera wyłącznie do najbardziej zatwardziałych fanów. Historia pamięta takie przeboje jak "The Way" Fastball i bardzo możliwe, że byłem (do czasu wyprowadzki z kraju) jednym człowiekiem w Polsce, któremu chciało się skompletować ich dyskografię. Paradoksalnie, mój prywatny one-hit-wonder znajduję w repertuarze grupy raczej znanej i popularnej, wypuszczającej swego czasu hit za hitem. Moja sympatia do muzyki Placebo zaczyna i kończy się jednak na "Pure Morning", mocnym, hipnotycznym otwarciu ich drugiego albumu. Nic, co nagrali potem, tego jednego utworu nie przeskoczyło. Nie tylko dla mnie. Jeśli Wikipedia się nie myli, mocne, czwarte miejsce "Pure Morning na brytyjskiej liście przebojów w 1998 roku było ich największym dokonaniem.
niedziela, 11 marca 2012
Numer 149 - Mozart & Falco "Rock Me Amadeus"

Mój brat o mało nie załapał się na imiona Wolfgang Amadeusz i niech ten skromny fakt z rodzinnych archiwów odda siłę oddziaływania pewnego austriackiego kompozytora na moją mamę. Używając wyobraźni nietrudno mi przywołać sobie obraz jej w koszulce z napisem "Who the fuck is Salieri?". Miłość do Wolfganga nie pozostawała bez wpływu na jej dzieci. Wpajano nam ją konsekwentnie i przynosiła ona korzyści uboczne - pierwszą wyprawę do stolicy zawdzięczam wystawieniu "Don Giovanniego" w Operze Narodowej. Także "Amadeusz" Formana nie mógł nie znaleźć się w moim repertuarze. Film budził sympatię, fascynację i grozę - sceny z zamaskowanym Salierim składającym ofertę Amadeuszowi prześladowały mnie kilka dobrych, dziecięcych lat. Wpoił też silne przekonanie, że Amadeusz był cool. I miał fajniejsze niż inni koledzy z branży piosenki. Bo tak szczerze - kto poza brukselskimi biurokratami jara się IX Symfonią Beethovena? Tymczasem Mozart rozpala emocje na wszystkich muzycznych frontach po dziś, dając raz po raz dowody na to, że mimo 221 lat od jego śmierci, nadal rządzi. Nie wiem jak Wy, ja i Falco nie mamy w tej kwestii żadnych wątpliwości.
niedziela, 26 lutego 2012
Numer 150 - College "A Real Hero"

Niby deklarujemy, że lubimy muzykę, która zaskakuje, a koniec końców na co dzień przez nasze uszy przewijają się przeważnie obiektywnie mało zaskakujące melodie. Adele w radio. Muzaki w hipermarketach. Kolejny album Kultu. Bardziej niż zawartość płyt, nadal zaskakuje (i rozczarowuje) ich cena (vide coroczny ranking Teraz Rocka). A topionym w winie i czekoladkach chandrom nadal towarzyszy zawsze niezawodny Sting, bądź wczesna Mafia. Hip hop? "Sprawdź to!" rapują kolejni ziomale i okazuje się, że nie było co sprawdzać. Na szukanie naprawdę zaskakującej muzyki pozostaje już niewiele czasu. I niewiele muzyki - jeśli specjaliści mają rację to zagrano i nagrano już każdy możliwy dźwięk. Nie nastraja to optymistycznie.
Czy mamy w sobie coś z inżyniera Mamonia? Może nie wszyscy - ja na pewno. Taki "A Real Hero" jest kompozycją skrajnie niezaskakującą i może dlatego tak bardzo mi się podoba, bo przypomina mi o tych momentach w przesłuchanej muzyce, które budziły ciepłe odczucia. No i o ulubionym filmie z 2011 roku - "Drive". Bez znaczenia nie pozostaje fakt, że lubię jeździć samochodem o zachodzie słońca. Taki to romantyk ze mnie.
Dla tracących nadzieję na odnalezienie elementu zaskoczenia w muzyce jest jednak pocieszenie. Nawet jeśli nagrano już wszystkie możliwe dźwięki, to ja się pytam - czy ktoś z planety Ziemia te wszystkie możliwe dźwięki już słyszał?
piątek, 17 lutego 2012
Numer 151 - Junica feat. Pip Brown "Living In My House"

Hook - wiadomo, taki bardzo subiektywnie wyselekcjonowany element utworu, który najbardziej przykuwa uwagę, wybija się na tle pozostałych elementów kompozycji. W skrajnych przypadkach wywołuje dreszcze i gęsią skórkę. W najskrajniejszych ratuje najbardziej gówniane utwory z opresji. "Living In My House" nie jest bynajmniej gówniany, ma to banalne, ale fajne, oparte na raptem dwóch dźwiękach rozmyte klawiszowe plumkanie w tle, przyzwoity, choć trochę toporny refren, dynamiczną solówę w mostku. Ogólnie wszystko buja, ale to nie tłumaczy dlaczego od dwóch dni słucham tego kawałka praktycznie bez przerwy, repeaty odliczając w dziesiątkach odtworzeń. Moja dziewczyna pewnie by rzuciła, że to przez to, że bez szemrania kupie każdy szit, który przypomina mi cudowne lata osiemdziesiąte ,których ona tak szczerze nie znosi. Ale ja wiem, jaka jest prawda. Jeśli hook to wisienka na torcie, to w tym przypadku tort mi jest zbędny i jem samą wisienkę. Wisienkę w postaci pojedynczych wokalnych wejść Pip Brown, których prawdopodobnie będę słuchał tak długo, aż ogłuchnę, albo prądu zabraknie.
piątek, 10 lutego 2012
Numer 152 - The Connells "74-75"

Technologia rozleniwia. Klik w ikonę na pulpicie, włącza się Spotify. W wyszukiwarce wpisuję nazwę wykonawcy, no i po chwili słucham wybranej piosenki. Proces zakończony w kilka sekund. Kiedyś dotarcie do muzyki kosztowało nieco więcej zachodu.
Z tym Zachodem - to były pewnie ciekawe czasy, ale za mały byłem, żeby szmuglować winyle z drugiej strony żelaznej kurtyny. Pierwsze poważne łowy muzyczne zaczęły się w chwili, gdy odkryłem, do czego służy radio. Dziś zasłyszany gdzieś fragment tekstu piosenki wystarczy wklepać w Google i już mamy odpowiedź. Kiedyś trzeba było czekać godzinami. Albo i dłużej. No i oczywiście Trójkowa Lista Przebojów. Klasyk mawiał, że kto za młodu nie był fanem Trójki, ten na starość na pewno będzie sukinsynem. Więc słuchałem i nagrywałem. Aż tu nagle zaczęły pojawiać się płyty cd.
Jedna z pierwszych, którą kupiłem kosztowała 59 złotych, co na tamte czasy i na tamte moje uczniowskie, niezasobne kieszenie, było kwotą niebanalną. Od tamtej płyty zresztą zaczęła się przygoda z moim zespołem wszechczasów. Postawiłem sobie za punkt honoru skompletować ich dyskografię i Bóg jeden wie, ile się namęczyłem walcząc z nowopowstałym w okolicy Media Marktem, by za kosmiczne pieniądze ściągnąć debiut zespołu ze Stanów. Potem, powoli, zabrało mi to kilka dobrych lat, zdobyłem całą resztę. Przepaść między tamtymi, a dzisiejszymi czasami niech zobrazuje fakt, że ostatni ich album miałem na dysku w około 30 sekund, ściągnięty z ITunes. To zresztą truizm - wszyscy wiemy, jak to działa.
Łatwiej o muzykę zaczęło być, gdy przyszły nagrywarki i - początkowo dla wybrańców - internet. Kolega z klasy miał to szczęście, że miał dostęp do obu tych narzędzi, wskutek czego mógł pozwolić sobie na prowadzenie małego biznesu, piracąc płyty i sprzedając je w cenie 25 złotych sztuka. Kiedyś dostałem od niego jedną w prezencie - kilkanaście mp3, pierwszych mp3, jakie miałem odsłuchać na moim komputerze.
Nie muszę nawet sięgać po tę płytę, zachomikowaną gdzieś w kartonowym pudle z pamiątkami z przeszłości, żeby przypomnieć sobie co tam na niej było. Jedyne czego dziś mi potrzeba, to kilka sekund i Spotify.
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Numer 153 - Guided By Voices "Chasing Heather Crazy"

Dobrego muzyka poznaje się nie po tym, jak kończy, ale jak zaczyna. W czasach, gdy miliony dźwięków walczą o uwagę słuchacza, ta ludowa mądrość, sprawdza się jak nigdy wcześniej.
Długość ma znaczenie. Zwłaszcza pierwsze kilkadziesiąt sekund, które potrafi zdecydować, czy nie przeskoczymy kawałka, nie zmienimy stacji czy nie klikniemy w inny link na youtube. Fajny motyw początkowy pomaga naszą uwagę utrzymać, a na ludzi przepełnionych nostalgią za minionymi latami, nic nie działa lepiej niż dobra, gitarowa palcówka.
Tych palcówek w historii muzyki było trochę. Czasami ocierały się o wyjątkowy banał - "Chasing Cars" Snow Patrol to melodia tak dziecinnie prosta, że z pamięci zagrałbym ją nawet ja, a mimo to pozwoliła zespołowi zdobyć szczyty list przebojów. "Nothing Else Matters" otwiera zwykłe szuranie po strunach, a kto na ten motyw nie poderwał mniej niż 5 dziewczyn, ręka w górę. Ale weźmy też takie "There She Goes". Nie bez powodu kowerowane tu i ówdzie. Parę sekund i sami śmigamy palcami po niewidocznym gryfie.
Ponoć wszystkie możliwe dźwięki zostały już zagrane, wstęp do "Chasing Heather Crazy" wybrzmiał więc być może już w setkach różnych wariantów. Nic nie szkodzi. Dobrego muzyka poznaje się po tym, jak zaczyna. Tego naprawdę dobrego, dopiero po tym, co z tym początkiem później zrobi.
środa, 25 stycznia 2012
Numer 154 - Dntel "Don't Get Your Hopes Up"

Nie wiem czy ktoś pokusiłby się o podciąganie Dntela pod kategorię miejskiego popu, ale - przynajmniej dla mnie - jeśli ta muzyka budzi jakieś skojarzenia, to właśnie te wokół aglomeracji miejskich oscylujące. W przeciągu ostatnich paru lat najwięcej przyszło mi mieć do czynienia z Zurychem, miasta nie jakiegoś tam znowu dużego, ale zdecydowanie bogatego w różne odcienie.
Od nieco snobistycznej, choć nie tak snobistycznej, jakby się chciało uważać Bahnhofstrasse, gdzie nieopodal salonu Tiffany'ego można zjeść kiełbasę z bułą z budki. Przez okolice politechniki, gdzie z ogromnego tarasu, zgodnie z obowiązującym prawem, całkowicie legalnie można sączyć powoli zawartość buteleczki Feldschloesschena i podziwiać widok na miasto. Po kontrowersyjną Langstrasse, która śpi w dzień, a budzi się wieczorem, by pełną życia cieszyć się nocą. Kilkadziesiąt kroków na zachód od dworca, po Limmatquai w stronę Bellevue i już jesteśmy przy jeziorze zuryskim, z migotającymi na horyzoncie płatami śniegu oblepiającymi szczyty i zbocza Alp. Wreszcie próbujące być majestatycznym, a jednak swojskie, stojące na granicy miasta i otaczającej go przyrody, wzgórze Uetliberg.
Natura, snobizm, langstrasse'owa bohema, pamiątki z białym krzyżem na czerwonym tle, studencki luz i bujające się nocą tu i ówdzie różowe (i nie tylko) hummery z imprezowiczami składają się na obraz miasta, do którego nie może odnosić się po prostu tylko jeden utwór. Ale do ścieżki dźwiękowej nocnych, z reguły poimprezowych przejażdżek tramwajem po opustoszałych już nieco ulicach, jakoś wyjątkowo pasuje mi właśnie ta melodia.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Numer 155 - Enter Shikari "Jonny Sniper"

Na dźwięk słowa "posthardcore", hardkorowym pursytom skacze pewnie tętno i zaczynają zgrzytać zęby. Nie dziwie im się. Pojęcie postharcore'u na przestrzeni lat rozrosło się do sporej wielkości garnka, w którym pływa sobie dosłownie wszystko. Tu jakiś jazz, tam krzyk idzie pod rękę z boysbandowym wokalem, tu rap, tam kor, natapirowany pudel(metal), jakieś rave'y, a potem zaraz jungle, dramendbasy, wobble, skrecze i glitche. Chór dziecięcy? Czemu nie. Podstawowy składnik pozostaje jednak ten sam - ma być ostro, czyli z przytupem. Enter Shikari, jak na prawdziwych posthardcore'owców trzymają się tej zasady i do owego rdzenia łaciną uliczną określanego jako "pierdolnięcie", dołączają czasem mniej, czasem bardziej trafnie, inne elementy pozagatunkowe. Efektem utwór określony przez NME jako najgorszy singel nagrany przez kogokolowiek, kiedykolwiek. Mnie tam się podoba. Ale ja jestem hardkorem. Post.
niedziela, 8 stycznia 2012
Numer 156 - Crematory "For Love"

Po raz pierwszy przyatakował mnie na Facebooku. "Znacie to?" napisała znajoma, a ja olałem i nie dałem "ilike", choć lubię znajomą. Przez chwilę była cisza. Ale potem sukinkot się uwziął. Gotye.
Idea dzielenia i postowania jego kawałka zarażała coraz to większą liczbę osób. Facebookowy news feed zalewał się od linków do youtube i megapochlebnych komentarzy. W końcu przestało być wiadomo, kto rozpoczął histerię. Kolejne share'y z lakonicznymi dopiskami "świetne, kradnę!" duplikowały się w zastraszającym tempie, a Facebook zaczynał pęcznieć z dumy głośno oznajmiając "shared srylion times".
Minęły dwa tygodnie, pojechałem w delegację. Zapomniałem o wydarzeniach z przeszłości. No i wieczór nadszedł, włączam sobie spokojnie laptopa, odpalam facebooka i własnym oczom nie wierzę. Paczę i nie wierzę. Kolejne share'y już nie tylko oryginalnej wersji, ale teraz także i koweru. Zdenerwowany włączam radio, Eskę Rock, gdzie gra się tylko prawdziwego rocka. Leci Coma i myślę sobie, trudno, zawsze jakaś odmiana. Tyle, że tuż po wraca on.
Zamykam radio playera. Gaszę światło, zjeżdżam do recepcji. Recepcjonistka uśmiecha się do mnie, odwzajemniam uśmiech i nagle docierają do mnie dźwięki piosenki, której tak bardzo pragnę się pozbyć z rozkładu mojego dzisiejszego wieczoru. W pośpiechu opuszczam hotelowe lobby.
Dobra, myślę, piosenkę można zabić tylko inną piosenką. Sięgam więc myślami po nutę bliską zakamuflowanej opcji niemieckiej w mojej duszy, przaśny niemiecki goth metal, wstydliwie i nieudolnie skrywający swoje inklinacje ku - jakże by inaczej - naszemu polskiemu disco polo, ujawniające się nie tylko w ultramelodyjnym refrenie, ale i stylizacjach i jakże zacnym videoklipie przełamującym bariery między metalem a muzyką disco. Polak - Niemiec dwa bratanki. Powagę próbuje ratować nazwa grupy, ale uśmiech pojawia się na mojej twarzy, bo czy takich rzeczy można słuchać na serio? No, chyba tylko po pijaku. Jestem uratowany.
Nadal jednak trochę się boję, że jutro moja wola osłabnie i przymuszony presją otoczenia kliknę share.