niedziela, 17 lipca 2011

Numer 173 - Eels "Novocaine For The Soul"

W dzieciństwie nie utożsamiałem się jakoś szczególnie z jakąkolwiek postacią z bajek. (No, może poza Leonardo z Wojowniczych Żółwi Ninja, zrobiłem sobie nawet miecze z patyków i brałem udział w tajnych misjach z bratem.) Podobnie, nie znalazłem sobie idola w świecie muzyki: nie przebijałem sobie uszu niczym Billy Idol, nie malowałem corpsepaintu wzorem Ihsahna z Emperor, nie farbowałem włosów na platinum blond i nie fryzowałem ich na grzybka a'la Nick Carter. Zawsze jednak czułem szczególną sympatię do Marka Everetta.

Nie wiem czy ktoś, oprócz mnie, słuchał Eels w moim liceum. Wtedy królował Pearl Jam, Nirvana, Metallica, techno, punk, wczesne przejawy polskiego hip hopu, death metal. W swojej sympatii do muzyki Eels byłem prawdopodobnie mocno odosobniony. I trochę snobistycznie mogłem uzurpować sobie prawo do bycia ich fanem numer jeden w naszej szkole.

Nie trwało to długo, po maturze Eels zostali zawłaszczeni przez Shreka, a "My Beloved Monster" dał im popularność, ludzie mogli zacząć wypisywać "super nuta! lubię to!" w komentarzach na youtube. Zaraz, zaraz, wtedy nie było youtube.

Everetta polubiłem, bo pomagał mi spełniać nastoletnie marzenie o indywidualności, wyodrębnianiu się z tłumu. Everett dał się też lubić za okulary kujonki - których kolejna, "druga" młodość miała nastąpić dekadę później, za lekko nerdowski wizerunek, za artystyczny nieład na głowie (taką fryzurę sprawiłem nawet sobie sam, w tym momencie upada moja teza o nieinspirowaniu się postaciami ze świata muzyki).

Do "Novocaine for The Soul" nie wracałem już od miesięcy, może i lat. I miło się zaskoczyłem, nadal działają na mnie te rozjeżdżające się gitary, cymbałki, lekko hip hopowa, miarowa rytmika, choć nie przypisywałbym Everettowi już takiego znaczenia, jak ponad dziesięć lat temu. Z wyjątkiem wpływu na moją modę. Od jakiegoś czasu noszę okulary kujonki, a ostatnio zastanawiam się nad zmianą fryzury...

Brak komentarzy: