piątek, 12 listopada 2010

Przerywnik piątkowy - Late Of The Pier "Heartbeats"

Najpierw praca, potem przyjemności. Obowiązki wzywają, w związku z czym do środy wieczora nie wrzucę pewnie żadnego wpisu, mimo, że parę mam już naszkicowanych. Lista jednak będzie trwać, przynajmniej do miejsca numer 1 (chyba, że potem polecą wartości ujemne), a w międzyczasie przesyłam piosenkę-i-klip-to-potańczenia-przy jeśli ktoś lubi tańczyć. Miłego weekendu.


wtorek, 9 listopada 2010

Numer 240 - Goo Goo Dolls "Sympathy"

Nietrudno natknąć się w blogosferze na kwestię ewolucji gustu muzycznego. Dajmy na to w tym stylu - słuchałem zespołu XXX, ale wtedy byłem szczeniakiem, a ich muzyka to gówno z błotem, teraz doznaję frenetycznego-glo-fi-hypnagogic-psycho-post rocka z elementami jazzu i witch-house. Czytam i się denerwuję, bo co chwila muszę sięgnąć do słownika.

Nie wiem czy w moim przypadku mogę mówić o ewolucji, bo mimo zasiedlania mojego muzycznego świata przez nowe twarze żywię sentyment i wracam do muzyki, której słuchałem dajmy na to 10 lat temu. Weźmy takie Goo Goo Dolls, pop rock rodem z najbardziej wyświechtanych szablonów, ale nadal nie potrafię się wyprzeć się "Dizzy Up the Girl" - albumu, który zdobył popularność głównie dzięki balladowemu "Iris". "Sympathy" nie doszukacie się na "Dizzy Up...", ale ta piosenka mogłaby się tam spokojnie znaleźć, głównie dlatego, że Goo Goo Dolls przez całą karierę nagrywają właściwie ten sam utwór w różnych wersjach. Jedyne co autentycznie mi przeszkadza, ale to już w klipie, to te ujęcia sprzed sportowego samochodu - przeobleśnie macho-rockowe, że aż się dziwię, że tego nie wycięli.

I nie, nie żałuję żadnej przesłuchanej płyty czy piosenki. No, może z wyjątkiem przebojów Blümchen i kilku płyt z krainy black-metalu.



Kliknij by obejrzeć na youtube, bo Warner blokuje umieszczanie klipu na stronach: Goo Goo Dolls "Sympathy"

niedziela, 7 listopada 2010

Numer 241 - Lady Pank "Siedmoramienna Tęcza"

Tak zwana muzyka dla dzieci to jest prawdopodobnie to, co mnie najbardziej jednocześnie drażni i przeraża. Rekordy biją w tym popularne przeboje nagrywane ze smerfowymi głosami - w takich chwilach całym sercem jestem za wprowadzeniem cenzury w muzyce. Nieodległą wartość na skali badziewia oferują tylko piosenki Teletubisiów. Podobno na WikiLeaks niedługo pojawią się kolejne tajne akta, świadczące tym razem, że amerykańska armia wcale nie torturowała więźniów hard-rockiem czy hip hopem, a smerfową przeróbką wypocin DJ Bobo.

Nie ma się też co oszukiwać, Lady Pank nagrali dużo złych piosenek, ale tym, co zrobili na ścieżce dźwiękowej do "O Dwóch Takich Co Ukradli Księżyc" odkupili, przynajmniej częściowo, swoje przeszłe i przyszłe (raczej przyszłe) grzechy. Zwłaszcza w "Siedmoramiennej Tęczy" gdzie kojącej, płynącej gitarowej melodii towarzyszy niebanalny tekst. I dokładnie taką muzykę mam ochotę puszczać na dobranoc swojemu przyszłemu dziecku. I nie tylko. Sam chętnie tego słucham, gdy tak mi źle, tak mi źle, tak mi łyso, szary jest kot i pies i szare dni są.



piątek, 5 listopada 2010

Przerywnik piątkowy - We Are Scientists "I Don't Bite"

Piątkowy wieczór to taki fajny fragment tygodnia, kiedy nie musimy jeszcze się stresować planami na sobotę w stylu: super, wolne, wieczorem impreza, w co się ubrać, ta koszula to jeszcze modna jest? gdzie są te moje podrabiane Ray Bany? co pijemy, wino? a może piwo? nie po piwie mam kaca; obiad na mieście, może chińszczyzna? mało czasu, a jeszcze psa trzeba wyprowadzić, i jeszcze zakupy, mamy schab i kapustę na niedzielę? a ten wieczorny melanż to domówka czy do klubu? a do klubu to do jakiego, gdzie teraz grają ten modny chillwave? o, Bayer Full jest w mieście? a potem to mamy jakiś nocny czy bierzemy taxi... No i po takim maratonie niedziela więc z reguły upływa na odpoczywaniu. A piątek to pełne oczyszczenie po upływającym tygodniu, może być w formie smętnego, acz fajnego siedzenia ze znajomymi w knajpie przy piwie, nadrabiania zaległości filmowych, czytelniczych albo moc wrażeń przy kolejnym odcinku Tap Madl. Co kto lubi.

Ja właśnie zabieram się do obejrzenia kolejnego odcinka drugiej serii Twin Peaks, a po męczącej sobocie w niedzielny wieczór odpocznę na koncercie tegoż zespołu:



środa, 3 listopada 2010

Numer 242 - Familjen "Det snurrar i min skalle"

Zabawne. To było kawał czasu temu, a pamiętam każdą minutę naszego naprawdę pierwszego wspólnego weekendu. Pociągiem prosto do Pszczyny. O czym wiedziałem tylko ja, bo dla niej to miała być niespodzianka. Minął weekend. Gdy już pożegnaliśmy się na dworcu w Katowicach, wsiadłem do busa i ruszyłem do domu. Miałem przy sobie odtwarzacz, włączyłem, po chwili w słuchawkach usłyszałem: "jag gjorde upp en eld for dig...".

Ciekawe na jak świetnie zarysowanych kontrastach opiera się "Det snurrar i min skalle". Z jednej strony mamy suche i puste niczym uderzenia w wydrążony pień drzewa bity, niby żywcem wyrwane ze świątecznej choinki dźwiękowe ornamenty, minorowy bas i melodyjkę jak ze starej gry komputerowej. Po drugiej stronie stoi przełamujący tą bezduszną powłokę głos wyśpiewujący jedną z najcelniejszych, a przy tym brutalnie prostą i bezpretensjonalną, linijek tekstu: rozpaliłem dla Ciebie ogień, a teraz płonie cały las. Kilka słów, które rozbijają w pył całe to pseudofilozofowanie o miłości w stylu Paula Coehlo.

"...och nu brinner hela skogen". Włączam sobie to dziś po raz kolejny. Słucham, odnajduję w pamięci tamto mroźne sobotnie popołudnie i to, jak ciepło mi się zrobiło, gdy dostałem buziaka na pożegnanie. Patrzę na to wszystko i zapewne nadinterpretuję, ale z perspektywy czasu te słowa okazały się dla mnie niezwykle i radośnie prorocze.



P.S. Klip to jakość sama w sobie. Dostał nawet nagrodę Grammy w Szwecji.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Numer 243 - Dave Matthews Band "Bartender"

Pamiętam, że kłóciliśmy się z bratem kto ma zapalać znicze. Pamiętam zbiorowisko osób należących do rodziny, które widywałem tylko raz do roku - właśnie przy tej okazji. Pamiętam komentarze wszelakich cioć i wujów: - ale on wyrósł, 5 lat później - a dziewczynę już ma?, po kolejnych 5 latach - dziewczynę ma?! to kiedy ślub? Pamiętam dwóch kleryków zbierających przy wejściu ofiarę na seminarium. Pamiętam ponurą procesję przez cały cmentarz z towarzyszeniem trąb i instrumentów perkusyjnych i dusznym zapachem kadzidła. Pamiętam wreszcie cmentarne wzgórze, z którego rozciągał się widok na okoliczne pola i łąki, a w oddali, jak za mgłą lekko migotały zarysy wapiennych skał.

Mój tegoroczny 1 listopada to pierwszy raz spędzony z dala od rodziny, samemu, zagrzebanemu w papierach, kolejnych requestach, eskalacjach i raportach. Gdy wracałem już o zmroku do domu, zadzwonił brat, opowiadał kogo znowu spotkali na cmentarzu i jak minął im dzień, takie tam. Chwilę później przypomniałem sobie o tym kawałku.



niedziela, 31 października 2010

Numer 244 - Depeche Mode "Enjoy The Silence"

Ciężko napisać coś odkrywczego o utworze, który stał się jednym z hitów wszechświata, był grany chyba w praktycznie każdym kraju naszego globu, gdzie dociera prąd, a nawet i w martwej, arktycznej strefie na pewno znalazłoby się parę niedźwiedzi polarnych zdolnych zanucić główny motyw piosenki. Nie liczę już potężnej ilości kowerów, często wątpliwej jakości, powielających nieudolnie oryginał.

W sumie nie ma się co dziwić, bo "Enjoy the Silence" stanowi kolejny dowód na to, że geniusz kryje się w prostocie, a nie przykładowo w 20 minutowych onanistycznych solówkach. Mamy tu wiec urzekający motyw gitarowy, przeplatany wygenerowanymi na syntezatorze chóralnymi podbiciami i towarzyszący im miarowo nabijany rytm, urozmaicony w przejściach między zwrotkami. Niebagatelną rolę odegrał Dave Gahan zmieniając nieco częstochowskie rymy tekstu - "words like violence, break the silence" - w zaprawione mieszaniną melancholii i kipiącego uczucia poruszające miłosne wyznanie.

"Enjoy the Silence" słyszałem po raz pierwszy jako 9 letni chłopiec i wtedy ta piosenka stanowiła dla mnie jedną całość z klipem, w którym Gahan w stroju króla z nieodłącznym leżakiem przemierza kolejne plenery. I było mi cholernie smutno, jak go oglądałem.



czwartek, 28 października 2010

Numer 245 - Primus "Over The Falls"

Dobry zwyczaj nie pożyczaj - kolejne mądre ludowe przysłowie, które przyswoiłem sobie trochę za późno. Uskładałem sobie z kieszonkowego i chodzenia po kolędzie na "Brown Album" Primusa i skończyło się, tak jak skończyć się musiało. Pożyczyłem. Zapomniałem komu. Album przepadł.

Nie zapomniałem "Over the Falls", bo to z dużą dozą prawdopodobieństwa jeden z pierwszych utworów, który odwrócił moją uwagę od gitary i kazał skupić się także na basie. Ciężko także zapomnieć Lesa Claypoola, zakręconego nieco osobnika, który wsławił się nagraniem tytułowej piosenki, do równie zakręconego serialu South Park. Claypool wywarł wpływ nie tylko na mnie. Swego czasu śmigająca po falach eteru grupa Guano Apes nie ukrywała swojej fascynacji Primusem.

Minęło wiele lat, a "Brown Album" tak jak nie miałem, tak nie mam. Zrobiłem więc listę, spisałem wszystkich znajomych i dzwonię po kolei do każdego. Jeśli więc w okolicach dwudziestej trzeciej odbierzesz telefon i usłyszysz niski głos mówiący - wiem co zrobiła(e)ś tamtego lata - lepiej dobrze się zastanów zanim odpowiesz...



środa, 27 października 2010

Numer 246 - The Offspring "Dirty Magic"

"Gunter glieben glauchen globen" - huknęło z głośników u sąsiada. Chwilę później - gdy pojawiło się "give it to me baby" - wiedzieliśmy już co jest grane, nasz sąsiad - dotychczas fan raczej eurodanceowych brzmień - pokochał nowy zespół. The Offspring trafili pod strzechy - podsumował mój tata.

Parę lat wstecz, siedząc na werandzie domu z widokiem na Giewont w trakcie wakacji spędzanych z rodzicami i bratem, z zaciekłością godną mistrza olimpijskiego próbowałem przedrzeć się przez warstwę szczelnej folii, by dobrać się do świeżo zakupionej kasety zespołu - "Ignition". Było to w czasach, gdy moi kumple wałkowali na okrągło "Smash" z hitowym "Come Out And Play", a The Offspring stanowili drogowskaz dla sporej grupy nastolatków. W moim przypadku zaprowadziło mnie to nie tylko do pokaźnego katalogu Epitaph - macierzystej wytwórni zespołu, ale dało mi motywację do poszukiwań muzycznych na nieznaną dotąd skalę i definitywnie odcięło mnie od tej części społeczeństwa, która słucha "wszystkiego" albo "tego, co leci w radio".

"Dirty Magic" to chyba pierwszy kawałek, jakiego nauczyłem się grać na gitarze w całości ze słuchu. Po dziś dzień mam sentyment do tej świetnej w swojej prostocie frazy gitarowej i historii o femme fatale. A mając naście lat słuchałem tego namiętnie, gdy dostałem kosza od koleżanki z równoległej klasy.



niedziela, 24 października 2010

Numer 247 - Architecture In Helsinki "Sooner Than Soon"

Jeśli charakter muzyki można przyporządkowywać porom roku, odnosić go do stanów emocjonalnych czy używać referencji kulinarnych, czemu by nie pokusić się określenie go jako pomieszczenia?

Idąc tym tropem, im dłużej "Sooner Than Soon" słucham, tym mocniej przekonuje się, jak bardzo ta piosenka kojarzy mi się z widokiem dziecięcego pokoju. Takiego z tapetą w tygryski, gwiazdozbiorem na ścianie, karuzelą zawieszoną nad łóżeczkiem, zegarem z pajacykiem na ścianie, miękkim dywanem, stosem pluszowych maskotek i przyczepionym koło okna balonikiem. Architecture in Helsinki w sobie tylko znany, magiczny sposób zamknęli w muzyce także esencję dziecięcej radości i szczęścia i za pomocą eterycznych dźwięków wykreowali iście bajkowy nastrój.

A skąd nagle ta myśl? To proste. Niedługo czeka mnie urządzanie takiego właśnie pokoiku.