czwartek, 15 lipca 2010

Numer 278 - The Used "Find A Way"

Szukanie tej drogi zabiera czas. Czasem mniej, czasem więcej. Czasem jest nam łatwo i ścieżki do niej prowadzące są proste, czasem wyboiste i pełne kamieni. Czasem te ścieżki są pełne słońca, czasem smagane siekającym zewsząd deszczem i ponurą burzą. Czasem ta samotna wędrówka zdaje się nie mieć końca.

Ja znalazłem ją już jakiś czas temu i od tamtego momentu nie idę już sam. Ale w ostatnią sobotę tę drogę rozświetliły ogromne promienie ciepłego słońca i wlały w serca ocean nadziei. Ta droga to dopiero początek, wiem o tym. Ale trzymam za rękę osobę, którą bardzo mocno kocham i z którą podjęliśmy najważniejszą decyzję naszego życia i wiem, że będziemy razem - bez strachu, obaw i pewniej jak nigdy przedtem - szli dalej przed życie. Prosto do celu.

P.S. Dla osób, dla których powyższa dawka romantyzmu jest zbyt mocna powiem tylko: oświadczyłem się pod prysznicem i to był najpiękniejszy dzień mojego życia. Przebijecie to? :-)



Numer 279 - Green Day "Uptight"

"Nie będę tego jadł, daj mi spokój! Nie chcę kanapek do szkoły! Nie założę tej koszuli, nie chce iść do cioci na urodziny!!!". Bunt - jak dla każdego szanującego się nastolatka - był dla mnie wartością samą w sobie i koniecznością w świecie kierowanym przez system. Zakratowane okna szkoły podstawowej, do której uczęszczałem utwierdzały mnie w tym przekonaniu. W walce z systemem nie byłem sam. Miałem dobre układy z panią woźną, z którą czasem odbywałem miłe pogawędki. Do czasu. Podpadłem jej, gdy pewnego dnia zabrałem od niej klucze od szatni, w pęku kluczy był zaś klucz do jej pomieszczenia, w którym miała płaszcz, klucze do sal i masę innych rzeczy. Zapomniałem oczywiście klucz oddać, czym na pół dnia sparaliżowałem pracę szkoły. Czyli w jakimś tam sensie, choć przez przypadek, zasadziłem systemowi porządnego kopa.

"Uptight" to symbol tamtego buntowniczego szkolnego okresu i do dziś pozostaje moim ulubionym utworem Green Day. A album, z którego "Uptight" pochodzi - "Nimrod" - znalazłem pod poduszką. To był bunt opakowany w papier z reniferkami i płatkami śniegu. Przyniósł mi go Mikołaj.



środa, 14 lipca 2010

Numer 280 - Jimmy Eat World "Lucky Denver Mint"

Czasy liceum, pierwsze "poważne" miłości i związki, dyskusje o planach na przyszłość, zmaganie się z trudną rzeczywistością, pierwsze prace wakacyjne i ciągła groźba utraty życia na lekcjach WueFu. Z tym ostatnim wiąże się pewna anegdota. Mecz halowej piłki nożnej, kolega w jednej bramce, ja w drugiej, kolega wykopuje piłkę wysoko w powietrze, piłka przelatuje wysoko nad boiskiem, dolatuje do mnie, przelatuje koło mojego ramienia i wpada do bramki. Kuszczak nie był pierwszy.

Dla tego oraz całej masy innych wspomnień (Chabówka, wyjazd redakcji gazetki szkolnej; pierwsze imprezy osiemnastkowe, płyty z pierwszymi mp3 nagrywane za 25zł sztuka) Jimmy Eat World stanowią tło idealne, bo w całej ich muzyce - łączącej solidne emocore'owe inspiracje z okolic Sunny Day Real Estate z bardziej popowym podejściem do melodii - czuć pewną tęsknotę za minionymi latami nie zawsze błogiej młodości. A wspomnienia mają to do siebie, że przeważnie miło się do nich wraca. Przynajmniej do większości z nich. Jak do tamtego pamiętnego meczu.



czwartek, 8 lipca 2010

Numer 281 - Lali Puna "Alienation"

Zasada, że lepiej dawać niż brać sprawdza się doskonale w muzyce. Przynajmniej dla mnie. Najfajniejsze jest dzielenie się nią, a największą nagrodą pozytywna reakcja kogoś, komu coś do przesłuchania podrzuciliśmy. Tak było z Lali Puna i "Alienation" i nawet bym się nie spodziewał, że ta piosenka tak zakiełkuje w osobie, która wtedy przesłuchiwała zawartość mojego IPoda. Bardzo ważnej dla mnie osobie. Tym większa radość z pozytywnego odbioru tej muzyki.

Muzyka z nalepką Made In Germany prędzej narzuci nam skojarzenia z tamtejszą sceną metalową, czy eurodancem bądź też przyśpiewkami rodem z Bawarii. Lali Puna idzie w mniej zauważalnym dla ogółu szeregu tamtejszej muzyki, mając za sobą berlińską wytwórnię Morr. Na listach przebojów ich nie ma, bo - posiłkując się nazewnictwem z Wikipedii - ich indietronica jest bardzo kameralną, wyciszoną muzyką, która prędzej chwyci za serce w domowych pieleszach niż w Radiu RFM albo Eska. Lali Puna z sampli, syntezatorów, loopów potrafią utkać niesamowite muzyczne pejzaże, które każą nam zapomnieć o stereotypowym, przaśnym obrazie niemieckiej sceny muzycznej. Warto więc zanurzyć się w ich świat i zapomnieć na chwilę o brytyjskiej i amerykańskiej scenie muzycznej. Morr Music ma naprawdę równie dużo ciekawego do zaoferowania.



wtorek, 6 lipca 2010

Numer 282 - Nerina Pallot "Everybody's Gone To War"

Nigdy nie rozumiałem potrzeby wyjazdu na obozy survivalowe, sztuka przeżycia w lesie przy sztuce przeżycia w mieście na zakupach to małe miki. Przykład? Służę, słynna Bitwa O Schab:



Trzeba też mieć jaja, żeby porwać się na zakup telewizora w megapromocji. Czasem nawet promocja udek za 3,25 (swoją drogą, udek z czego? obawiam się, że z kur popowodziowych) potrafi zmobilizować ludzi do walki, do której nie zmotywowaliby się nigdy w codziennym życiu.



W przypadku Neriny Pallot wideoklip wypominający nam te nasze zakupowe żądze jest narzędziem do wygłoszenia całkiem przyjemnego, pod względem brzmienia i melodyki, i jednocześnie niegłupiego antywojennego manifestu. A ja tak sobie patrząc na tego gościa rzucającego rybą (zagadka tygodnia, jaka to ryba?) myślę sobie, że znaczek promocja potrafi zdrowo napieprzyć nam w głowach. Od dziś kupuję tylko po normalnych cenach. No, chyba, że ewentualnie te udka znowu przecenią.



niedziela, 4 lipca 2010

Numer 283 - Genesis "Mama"

Jak ktoś zna Genesis z lekkich "Invisible Touchów" czy innych "I Can't Dance", przy "Mamie" może się zdziwić. Bo Phil Collins z "Mamy" to nie koleś z podwórka, luźny gość, który fajnie śpiewa i pozytywnie nastraja podczas podróży samochodem z rodziną na wakacje. Istnieje ryzyko, że "Mama" puszczona w trakcie takiego wypadu skończyłaby się koszmarami sennymi dziecka, skonfundowaniem żony i dołkiem psychicznym męża. Bo w "Mamie" Collins wytacza najcięższy kaliber i nie tyle śpiewa o kimś, co całkowicie wciela się w postać faceta, obsesyjnie pożądającego pewnej prostytutki.

Collins nie odkrywa wszystkich kart od razu, pozwala rozwinąć się kompozycji, zaczyna łagodnie, by w najmniej oczekiwanym momencie dowalić obłąkańczym śmiechem i wreszcie ze łzami ściekającymi po gardle wyśpiewać miażdżący finał pozostawiając w słuchającym cholernie silny niepokój. Mało jest utworów, gdzie desperacja i obłęd nie są słowami w tekście, a można namacalnie wyczuć ich obecność. "Mama" jest jednym z nich.



Numer 284 - Dream Theater "Take Away My Pain"

Będąc w liceum prześlizgiwałem się przez różne odmiany rocka od jego miękkich postaci (The Caulfields, o którym kiedyś), przez punk (Bad Religion - o którym już było) i metal (Samael i tym podobne, o których kiedyś), do rocka nazywanego potocznie progresywnym. Do tej "prog-rockowej" szufladki łapał się i Dream Theater, który podrzucił mi do przesłuchania brat koleżanki z klasy.

Ok, tło historyczne nakreślone, czas przejść do meritum. A musi być krótko i treściwie, jak podczas śniadań kolonijnych (plasterek sera, twarożek, dżem, bułka, mleko w kubku, herbata w kubku, dobrze, że nie w szklance, gorsza od herbaty w szklance jest prawdopodobnie tylko kawa w szklance), bo muzycy Dream Theater - tak moim skromnym zdaniem - tym razem się postarali i zamiast uprawiać muzyczny samogwałt na instrumentach (vide niektóre z ich pobocznych projektów, w których jest dużo formy, a zero treści) spłodzili genialną balladę, gdzie każda partia instrumentalna jest na swoim miejscu (bas, gitara!!!) i nic nie budzi wątpliwości o zbędnych dźwiękach wepchanych w utwór. A nieco operowa maniera wokalna Jamesa La Brie idealnie wpasowuje się w całość. No i te smaczki w tekście - "look at poor Gene Kelly, I guess he won't be singing in the rain."

La Brie napisał "Take Away My Pain" o zmarłym w 1996 roku ojcu. Tym samym roku, w którym zmarł Gene Kelly. Wreszcie tym samym, w którym ja rozpoczynałem nowy etap życia w liceum.



środa, 30 czerwca 2010

Numer 285 - The Features "A Million Ways To Sing the Blues"

Do grania, śpiewania i odkrywania bluesa prowadzi wiele dróg. Można zagłębiać się w jego pierwotne formy rodem z Missisipi czy Luizjany. Można go grać o czwartej nad ranem. Można przy nim pić whisky. Bo drinków nie wypada. Można się przy nim smucić, bo blues to smutek, a nie jakieś tam disko-dżambo. A kolesie z The Features twierdzą, że bluesa można śpiewać na milion sposobów. Ja bym im tam nie wierzył, bo kto uwierzy facetowi, kto do czerwonych spodni zakłada pomarańczowy sweter. Perkusista w dresie też nie budzi zaufania. A klawiszowiec w retro czapce wygląda jakby spał. Niemniej jednak, w klipie The Features kryje się pewna prawda o moim i moich dwojgu znajomych (Darek, Tomek, pozdrawiam!) sposobie grania - a może bardziej śpiewania - bluesa. Gdy piosenka dobija do 1 minuty 58 sekundy czuję, jakbym słyszał nas samych o 3 nad ranem w Chatce na Rogaczu.



czwartek, 24 czerwca 2010

Numer 286 - Korn "Twist"

Specjalnie dla SuperHeavyMetal Magazine, Jonathan Davis (KORN) o powstaniu "Twist": "No, przyznaję, upaliliśmy się troszkę i zrobiliśmy z siedem butelek Jacka Danielsa, no i włączamy Muppety, a tam jakiś odcinek, którego nie widziałem nigdy wcześniej, mroczne wnętrze jakiegoś baru, na scenie świnka Piggy w kruczoczarnych włosach, a ja ją pamiętam jako blond, dzierży w rękach gitarę basową i kończy palić skręta; za perkusją w koszulce z napisem "Metallica plays country, we do rock" Zwierzak, co akurat było dość normalne, bo a) Metallica gra country, b) Zwierzak gra na perkusji. Za konsoletą ten popieprzony Szwedzki Kucharz, stary, od widoku tego gościa dostaje ciar na plerach... co dalej, no, jeszcze jakiś jeden Muppet na drugiej gitarze, nie pamiętam imienia. No i przede wszystkim Kermit Żaba, kurde, ten był jakiś dziwny, najpierw krzyknął "barman, pianka dla mnie i modżajto dla mojej świni", potem Piggy wypiła to mojito jednym haustem i zaczęli napieprzać w te gitary i basy, ale w jakiś taki dziwny, pokręcony, arytmiczny sposób, a Kermit zaczął wypluwać z siebie dźwięki, jakby go szatan ze wszystkimi demonami razem wziętymi opętał, przeplatając te piekielne bluzgi jedynie krótkim "twist" w refrenie. 'Borsucza nora!' myślę wtedy, bo jaki to na kocie sutki refren! No i potem odpadłem, obudziliśmy się chyba jakoś jednocześnie i ten głos Kermita kazał nam to nagrać praktycznie na tak zwaną setkę. No i tak zrobiliśmy."



wtorek, 22 czerwca 2010

Numer 287 - The Paradise Motel "Drive"

Leżę chory w łóżku, rozłożony zapaleniem oskrzeli, więc mam czas na myślenie, bo w telewizji leci tylko jakaś telegra ("1500złotych, ale to może być nawet 1700 złotych, kto zatrzyma ten bankomat swoim telefonem? już zacieram ręce, bo za chwilę kogoś poinformuję o wygranej, stop, dzień dobry, kto ma imię kończące się na TA, Wioletta!, zgadza się!, nie było takiego imienia, gratuluję, 1800 złotych dla Pana") przeplatana magazynem rolniczym (najtańsze prosięta są na Podlasiu, 127,14 złotych za sztukę, około 20kg).

No i włączam The Paradise Motel i "Drive", bo muzyka pomaga w myśleniu i działa na wyobraźnię; zapadam powoli w sen i tymi oczami wyobraźni widzę jak wpływam na suchego przestwór oceanu, mój śliwkowy Ford KA nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, omijam koralowe ostrowy burzanu. Już mrok zapada, nigdzie drogi, ni żadnego baru, patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi; tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi; Kędy wąż śliską piersią... nie znoszę węży i wyrzucam go ze snu... kiedy mały prosiak w cenie 127,14 za sztukę różową piersią dotyka się zioła, w takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z kuchni. "Chcesz zimnego piwa?" - to moja dziewczyna mnie woła.